Nowy numer 43/2020 Archiwum

Rodzi się wspólnota

Pielgrzymka Caritas. Ruch pielgrzymkowy wciąż znajduje miłośników. Z ciepłego fotela wygania nie tylko ważna intencja, ale i ciekawość świata oraz ludzi. Warto to wykorzystać w duszpasterstwie.

Radość z wędrowania to nie tylko zachwyt nad cudami natury i dziełami ludzkich rąk. Na pielgrzymce najbliższy jest bliźni. Doświadczali tego wolontariusze Caritas przez 10 dni, idąc włoskimi drogami „Do św. Jana Pawła II”. Sanktuaria, miejsca kultu znanych świętych, antyczne ruiny poruszały emocje. Powitanie nad grobem św. Jana Pawła II przez bp. Krzysztofa Zadarkę oraz audiencja u papieża Franciszka – tym bardziej. Ale najważniejszym doświadczeniem było tworzenie się wspólnoty. Tłum początkowo nieznanych sobie osób stawał się przyjaciółmi.

Z dziennika podróży

Jest wieczór. 273 osoby zajmują miejsca w 5 autokarach. Na razie ważne jest wygodne miejsce i dobrze upchnięta walizka. Ruszamy, jest ciemno, także w autokarze. Niektórzy obawiają się przysnąć, by nie wylądować policzkiem na ramieniu sąsiada. To przecież póki co obcy. Autokar mknie niemiecką autostradą. Poranny postój, słońce świeci nad stacją benzynową.

Zaczynamy rozmawiać. Na razie o pogodzie, bo to temat, który nie wykracza poza granicę osobistych spraw. Jeszcze nie chcemy jej przekraczać. Jesteśmy głodni. Każdy rozpakowuje zapasy. Zjadamy własne, za parę dni będziemy się częstować i stawiać sobie nawzajem w kafejkach smakołyki. Póki co trzymamy dystans. Z oporem idziemy na pierwsze siedzenie w autokarze, by przedstawić się przez mikrofon. Po co komu wiedzieć, ile mam dzieci lub gdzie pracuję? Najlżej przychodzi wyznanie, która to pielgrzymka w życiu. Jednak nawet te pobieżne informacje nas otwierają. W mig okazuje się, jaki mamy potencjał. Są wśród nas pielęgniarki, lekarz, marynarz, piekarz, kasjerki, producent ziemniaków i właściciel domu wczasowego. Żartujemy, że u niego zakończymy pielgrzymkę. Powtarzamy to potem przy byle okazji, bo chyba podoba nam się myśleć, że chcemy ze sobą pobyć dłużej. Pierwszy nocleg. Jak tu spędzić noc w towarzystwie obcego współlokatora? Ratuje nas rozmowa o kosmetykach hotelowych, potem o osobistych. O suszarce do włosów i kłopotach z trawieniem. Już na pierwszym noclegu pada pytanie: jak się modlisz? Wieczorny pacierz to wszak jedna z najintymniejszych sytuacji. Posiłki. Czteroosobowe stoliki. Zazwyczaj siadają ze sobą ci, którzy się znają. W następnych dniach jest inaczej. Stoliki są 10-osobowe, trzeba kogoś zaprosić do towarzystwa. Podjąć rozmowę. Lampka wina do kolacji trochę pomaga. Towarzysze chętnie opowiadają o sobie. Nikomu nie chce się odchodzić od stołu, choć talerze puste, kielichy opróżnione. Radość biesiadowania.

Ławica

Po paru dniach już się rozpoznajemy. – Zaginął mąż tej pani – niepokoi się przewodnik i wypytuje o niego grupę. Wiedzą, o kim mowa. Ktoś wskazuje, gdzie mógł się zgubić. Pozostali czekają cierpliwie przed przejściem dla pieszych. Gdy ekspedycja poszukiwawcza powraca, nikt mu nie robi wymówek. Bura od żony wystarczy. Modlitwy w autobusie. Tu nie da się klęczeć ani skupić na modlitwie. Ale próbujemy. Czasem trzeba poczekać, aż ktoś przełamie się i podejdzie, żeby poprowadzić przez mikrofon część Koronki do Miłosierdzia Bożego. Czujemy, że przestajemy być wyłącznie odbiorcami. Dajemy coś z siebie. Żartujemy, jak to zabalujemy wieczorem, ale jesteśmy na to zbyt zmęczeni. Kończy się na kilkuosobowych spotkaniach w pokojach. Na wspólne przeżywanie ściąga nas dopiero przyroda. Bo to Perugia. Widok z hotelu na okolicę nie pozwala zamknąć się za drzwiami apartamentu. Zbieramy się na tarasie, słuchamy cykad. Rozmowy stają się bardziej osobiste. Już nie tylko o pogodzie, choć 22 stopnie ciepła w październikowy wieczór robią wrażenie. Zaczynamy się zaczepiać: jak tu pięknie, prawda? W tworzeniu wspólnoty sprzyja pogoda. W deszczu przygarniamy się pod parasole, oddajemy moknącym płaszcze przeciwdeszczowe. W słońcu odstępujemy sobie butelkę wody. Z dnia na dzień spojrzenia sięgają dalej. Częstujemy słodyczami coraz szerszy krąg towarzyszy. Zaglądamy sobie przez ramię, zaczepiamy sympatycznego pana, który wciąż coś tłumaczy żonie, lub księdza, bo widać, że lubi żarty. Ale nic nie jednoczy nas tak błyskawicznie, jak chwila grozy. Autobus podjeżdża do hotelu zbyt wąską drogą. Nie przejedzie. Musi cofnąć się kilkaset metrów w dół krętymi uliczkami i przez mostek, bez zawracania. Wstrzymujemy oddechy, robi się nerwowo, ktoś komentuje sytuację, inny go ucisza. W tej chwili czujemy się jak ławica, jeden organizm gotowy skoczyć na lewą burtę, gdy autobus za bardzo przechyli się w prawo. Udało się. Brawo dla kierowców! Ale czujemy, że to zwycięstwo jest także w jakiś sposób nasze.

Tu się pęka

Ławicą jesteśmy także w watykańskim muzeum. Już nie tylko ruszamy, gdy ona rusza, ale i odczuwamy to samo. Zachwyt przewodniczki nad kunsztem Michała Anioła udziela się nam, ludziom różnych zawodów, zainteresowań i gustów. Na placu św. Piotra nic nie jest w stanie ochłodzić naszych emocji. Nawet dwugodzinne oczekiwanie na papieża. Choć jesteśmy jedną z najliczniejszych grup, czujemy się mali na placu zapełnionym tysiącami. Gdy Franciszek przejeżdża między tłumami w papamobile, niewielu z nas widzi go z bliska. Nie mamy najlepszych miejsc. Mamy za to okrzyk, który ćwiczyliśmy: „Tu es Petrus!”. Krzyczymy entuzjastycznie na zakończenie audiencji. Papież chyba tego nie słyszy. Ale my słyszymy. Na oczach całego świata, bo zgromadzili się tu mieszkańcy niemal wszystkich kontynentów, wyznajemy: „Ty jesteś Piotr!”. To nas jednoczy i jacy jesteśmy dumni, gdy inne narodowości, rozumiejąc nasz okrzyk, dołączają do nas. Ławica na moment rozprasza się na Monte Cassino. Bo tu się pęka. Przynajmniej ten mężczyzna, kawał chłopa. Wcześniej pewny siebie, zdecydowany, sypiący dowcipami jak z rękawa. Na „Jeszcze Polska nie zginęła” głos mu się łamie; mimo to jest twardy, nie daje się. Ale między białymi nagrobkami poległych Polaków ukradkiem ociera łzy pod okularami przeciwsłonecznymi. Trzeba było kilku dni i takich miejsc, by poznać się też od tej strony.

Szansa

Pielgrzymka „Do św. Jana Pawła II” zwieńczyła rozpoczęte 19 marca obchody 25. rocznicy istnienia Caritas Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej. Była to największa pielgrzymka wolontariuszy w jej historii. – Pielgrzymujemy w przededniu zapowiedzianego przez papieża Franciszka Roku Miłosierdzia. Pragniemy umocnić się na ten nadchodzący czas, by po powrocie rozpoznawać zadania, które Bóg przed nami postawi. – I bez zwłoki je realizować – mówi dyrektor Caritas DKK ks. Tomasz Roda. W rzymskim kościele pw. Ducha Świętego na nowo postawił przed wolontariuszami zadanie jednoczenia się jako wspólnota. Zaproponował, aby podjęli codzienną modlitwę różańcową za siebie nawzajem oraz za dzieła Caritas. Pielgrzymi pozostawili po sobie znak przeżytej jedności. W duchu wdzięczności ufundowali ikonę Świętej Rodziny, stacje Drogi Krzyżowej i lampkę wieczną do nowo wyremontowanej kaplicy w centrali koszalińskiej Caritas. Pielgrzymka to szansa dla duszpasterstwa, zwłaszcza parafialnego. Czy musi być długa i daleka? Niekoniecznie. Są miejsca w odległości kilku godzin jazdy, do których warto się wybrać; w naszej diecezji to choćby sanktuaria maryjne – w Skrzatuszu i na Górze Chełmskiej, czy najmłodsze – św. Józefa w Słupsku. Ważne, by prócz pobytu w takim miejscu pielgrzymka nie była jedynie transportem w tę i z powrotem. Warto stworzyć warunki do zawiązywania się międzyludzkich więzi, wręcz je prowokować. Trud włożony w przygotowanie takich okazji zwróci się z nawiązką. W parafii. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama