Nowy numer 2/2021 Archiwum

Ministrancka lekcja

Mury sanktuarium Matki Bożej Bolesnej z ledwością pomieściły chłopców i nieliczne dziewczęta z kilkudziesięciu parafii, których łączy eucharystyczny ołtarz.

Na wielogodzinne świętowanie rozgrzali ich raperzy z zespołu RYMcerze. Celem spotkania, które odbyło się w ostatnią sobotę kwietnia, było ukazanie Eucharystii jako jedynego skarbu. Dialog z ministrantami podjął na ten temat ks. Wojciech Wójtowicz, rektor koszalińskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Zanim zaczął wyjaśniać, jak wielkiej tajemnicy służą w swoich kościołach, złożył świadectwo własnego powołania do kapłaństwa, któremu początkowo, jako mały brzdąc, był przeciwny. Ale kiedy się do niego przekonał, to już nieodwołalnie. Wspomniał także żyjącą jedynie pokarmem eucharystycznym mistyczkę Martę Robin, pytając: – A wy jak przygotowujecie się do Mszy św.? Pan Jezus chce, by każdy z was przed Eucharystią otworzył oczy serca i z miłością szukał Go na ołtarzu. – Nie ma dobrej Eucharystii dla ministranta, jeśli on sam nie przystępuje do Komunii św. – przestrzegał rektor. Ukazał im ją także jako lekarstwo, które leczy nie tylko schorowanego ducha, ale i ciało.

Więcej niż wyszkolenie

Do Skrzatusza przybyło, jak podają organizatorzy, 700 ministrantów. 12 przywiózł ze Szczecinka, z parafii Narodzenia NMP, ks. Przemysław Gracek. – Formacja ministrancka nie tylko uczy zachowania podczas liturgii, ale i zrozumienia, w czym się uczestniczy. Nie wszystko od razu musi być dla nich jasne, dlatego trzeba pomagać rozumieć to na ich poziomie, przekazywać odpowiednim językiem. Ks. Gracek zauważa, że są wśród ministrantów i tacy, którym pobożne i gorliwe przeżywanie Mszy św. przychodzi łatwiej. Ale szansę ma każdy. – Przygotowuje ich do tego modlitwa przed Mszą św. Już w niej są zachęcani, by skierować ku Bogu oczy, serca, całych siebie – powiedział. Ale, jak dodaje, ważną rolę w podejściu do ministrantury odgrywają rodzice. Bo, niestety, zdarzają się i tacy, którzy zniechęcają synów do częstej służby przy ołtarzu. Ale nie Małgorzata Laskowska ze Słupska. Jej syn Paweł rok temu, zaraz po swojej Pierwszej Komunii św., postanowił zostać ministrantem w parafii św. Maksymiliana Kolbego. Choć mama zdawała sobie sprawę, że i ją samą zmusi to do częstszego niż wcześniej bywania w kościele, decyzję syna przyjęła z entuzjazmem. – Widzę, jak dobrze to na niego wpływa. Początkowo się obawiałam, czy Pawłowi uda się wytrwać całą godzinę przy ołtarzu bez chodzenia, biegania. Ale od razu „zaskoczyło”. Stał się bardziej wyciszony, skupiony. Choć Paweł, gdy przystępował do ministrantów, miał zaledwie 7 lat, to umiał rozpoznać, że to, co ciągnie go do ołtarza, to natchnienie. Tak to nazywa. Wielu jego kolegów również rozpoznaje w swoich zadaniach ministranckich coś więcej niż dobre wyszkolenie. Na pytanie ks. Wójtowicza o motywację zostania ministrantem, mówili o pragnieniu głębszego poznania Jezusa. 15-letni kolega Pawła, Michał Kałuża, ma o cztery lata dłuższy staż jako ministrant. Choć nie uważa, by ministranci byli ulepieni z lepszej gliny, a bywają wśród nich, jak mówi, i urwisy, dostrzega, jak dużo mu to daje: odmiennie niż rówieśnicy nie stroni od niedzielnej Eucharystii ani od codziennej modlitwy.

Mają szczęście

Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu bp Edward Dajczak poprowadził ministrantów w kierunku oddania się w boskie ręce Zbawiciela. W eucharystycznej homilii podał im za przykład Maryję, która po zwiastowaniu, czyli przyjęciu Jezusa, natychmiast pobiegła do Elżbiety. Biskup pokazał pielgrzymom, że ich młody wiek może być okolicznością, w której działa Bóg. Ujawnił związek pomiędzy pobożną służbą przy ołtarzu a wydarzeniami poza kościołem, które powinny być kontynuacją spotkania z Bogiem i zamieniać się w konkret: popychać do dobrych spotkań z ludźmi. – Czyż to nie jest szczęście, że z tego powodu, że jesteście ministrantami, częściej karmicie się Jezusem? Potrafiliście kiedyś powiedzieć Jezusowi „dziękuję”? To jest dzisiaj lekcja w sanktuarium, że przepełnieni Nim macie szansę spełnić coś dobrego – powiedział bp Dajczak. Ciepła aura sprzyjała temu, by posiłek pod gołym niebem stał się okazją do rozmów w grupach oraz nabrania sił przed sportową rywalizacją. Jedni podjęli ją indywidualnie – na torze przeszkód ustawionym przez Straż Pożarną, inni – w turnieju footbolowym.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama