Nowy numer 29/2021 Archiwum

Miały być konie... i są

Obora, stodoła, magazyn na pasze – to nie są miejsca, które kojarzą się z motoryzacją. A jednak. Miłośnicy zabytkowych aut z całego świata wiedzą, że jeśli mercedes 190 SL, to tylko z Nowego Worowa.

Gdy kupujemy samochód w salonie czy w komisie, wiemy jedno – zaraz po pierwszym odpaleniu, wraz każdym przejechanym kilometrem, auto traci na wartości. Zupełnie inaczej jest z cackami, które powstają, a raczej odżywają w „Auto Stodole”. Aż trudno uwierzyć, ale samochody, które wyjeżdżają z warsztatu, który od ponad 20 lat działa wśród drawskich jezior, w gminie Ostrowice, która jako pierwsza w Polsce zbankrutowała, trafiają do najdalszych zakątków świata. Ich przyszli właściciele, np. w Stanach Zjednoczonych czy w Nowej Zelandii, są gotowi zapłacić za nie nawet do 200 tys. dolarów.

Siła pasji

– Mój tata marzył, żebym przejął po nim gospodarstwo. Jego pasją były konie i chciał zarazić nią także i mnie. Ale ja od dziecka marzyłem o innych koniach... mechanicznych – mówi Marek Żynis, twórca i szef „Auto Stodoły” w Nowym Worowie. W zawodówce i technikum samochodowym w Koszalinie jego pasja pogłębia się. – Miałem szczęście do nauczycieli. Jeden z nich pozwalał mi chodzić popołudniami do swojego zakładu. Udało mi się nauczyć więcej niż przeciętnemu uczniowi – wspomina mężczyzna. Marzenia rodziców o synu rolniku w końcu muszą ustąpić. – Tata z bólem serca, ale jednak pozwolił mi adaptować oborę na pierwszy warsztat – wspomina Marek Żynis. Przełomowy okazuje się wyjazd za chlebem do Niemiec pod koniec lat 80. Młody człowiek z Nowego Worowa, po pracy na szrocie, trafia do warsztatu, który zajmuje się odrestaurowywaniem zabytkowych samochodów. Dlaczego zostaje przyjęty? – Coś potrafiłem – przyznaje, podkreślając, że solidna nauka zawodu, która zaowocowała fachowością choćby w spawaniu, opłaciła się. Po latach odkrywa, że przecież to samo można robić także po drugiej stronie Odry. Tak powstaje „Auto Stodoła”, najpierw dosłownie, w dawnej stodole z rodzinnego gospodarstwa. Z czasem dochodzi magazyn na pasze z byłego GS-u, potem kolejne, nowe hale. Dzisiaj to profesjonalny warsztat dobrze znany w branży klasycznej motoryzacji nie tylko w Europie.

Cacka sprzed lat

O samochodach Marek Żynis może opowiadać bez końca. Z jego zakładu wyszły już różne auta, m.in. przedwojenny rolls royce. Jednak wyspecjalizował się w mercedesach, szczególnie w modelu 190 SL. Jest to auto produkowane w latach 1955–1963, jedno z najbardziej rozpoznawalnych na rynku aut zabytkowych. Marek Żynis wyjaśnia, w jaki sposób stało się obiektem pożądania kolekcjonerów: – Gdy produkowano je seryjnie, było przedmiotem marzeń, ale przeciętnego, młodego Niemca nie było na nie stać. Kraj wciąż podnosił się z wojny. Dlatego większość produkcji trafiła do USA, a część do innych krajów europejskich. Pod koniec lat 80. i na początku 90., ci młodzi ludzie stali się majętnymi biznesmenami i wrócili do tematu. Wielu z nich mówiło: „Każdy może mieć mercedesa z linii produkcyjnej, ale ja chcę zrealizować swoje marzenia z młodości. Kupię więc sobie stare auto, odrestauruję je i będzie się w czym pokazać”. No i zaczęło się. Okazało się, że najwięcej wraków 190 SL zachowało się za oceanem. Na początku boomu można je było sprowadzić nawet za 1000 dolarów. – Dzisiaj taki wrak kosztuje przynajmniej 50 tys. – mówi Marek Żynis. – To piękny samochód, wyposażony w 4-cylindrowy silnik o mocy 105 KM. Maksymalnie osiąga 180 km/h. Ale nie chodzi tu o prędkość. To nie jest samochód do szaleństwa. On służy raczej do weekendowych przejażdżek z zimnym łokciem, aby móc delektować się jazdą. Wielu bogatych ludzi kupuje tego typu samochody nawet nie po to, aby nimi jeździć. Traktują je jako specyficzną lokatę kapitału. Wraz z upływem czasu ich cena bowiem rośnie. Dziś rynek zabytkowych aut to poważny, choć w Polsce nadal niszowy biznes, a targi „Techno Classica” w Essen to obowiązkowy punkt programu dla każdego, kto się nim para. Nowe Worowo też tam już było.

Polnische Wirtschaft

Przez ponad 20 lat w „Auto Stodole” odrestaurowano kilkaset mercedesów. Kiedy patrzy się na niektóre wraki, które na pojezierze drawskie trafiają np. z Kalifornii, trudno uwierzyć, że takie coś będzie kiedyś jeździć. – Nad każdym autem trzeba siedzieć kilka miesięcy, w sumie nawet do 1300 roboczogodzin – wyjaśnia Marek Żynis. Na początku dealerzy, którzy handlowali samochodami z Nowego Worowa, ukrywali fakt, że wyszły one z warsztatu w Polsce. – Byliśmy źle postrzegani. W Niemczech funkcjonowało i częściowo nadal funkcjonuje określenie „Polnische Wirtschaft”, czyli polskie gospodarzenie, polska jakość, rozumiane jako synonim lipy. Udało nam się to przełamać. Naszą pracą i jakością wykonania pokazujemy, że trzeba nas szanować – cieszy się Marek Żynis. Faktycznie, jeśli chodzi o Mercedesa 190 SL, Nowe Worowo jest w światowej czołówce. – Wierność rekonstrukcji jest drobiazgowo sprawdzana. Istnieją specjalne firmy, które zajmują się wyceną, przyznają punkty. Taki samochód traktowany jest niemal jak dzieło sztuki. Najwyższa klasa to „1+” – wyjaśnia właściciel „Auto Stodoły”. Mercedesy z Nowego Worowa mają właśnie tę klasę. – Egzemplarz od nas uzyskał na aukcji w Stanach Zjednoczonych najwyższą cenę w historii. Został sprzedany za ponad 340 tys. dolarów – opowiada Marek Żynis. Takie ceny przyprawiają o zawrót głowy do tego stopnia, że do wykończonych modeli, które stoją w warsztacie strach wsiadać, żeby czasem nie urwać korbki do otwierania szyby albo nie pobrudzić tapicerki. Marek Żynis wyjaśnia: – Te pieniądze nie dotykają bezpośrednio nas. My nie robimy aut dla klientów indywidualnych, tylko dla dealerów, którzy zajmują się ich sprzedażą. Naszymi mercedesami handlują najbardziej prestiżowe salony w Europie i na świecie. My zajmujemy się jedynie renowacją. Jesteśmy dumni, że nasze auta osiągają takie kwoty, ale nie przywiązujemy do tego wagi. Czasami, żeby być zdrowszym, lepiej tego nie wiedzieć.

Sposób na sukces

Mimo że „Auto Stodoła” ma już ugruntowaną pozycję w branży, Marek Żynis przyznaje: – Ciągle się uczymy, mamy respekt do naszej działalności, doskonalimy się. Nie chcemy popaść w rutynę, bo to pierwszy krok do zguby. Próbując zrozumieć przyczyny sukcesu firmy, jej właściciel podkreśla: – Pasja może doprowadzić do sukcesu, ale wiele zależy od tego, jaką przyjmie się strategię i sposób myślenia. Dla mnie nigdy podstawowym kryterium nie były pieniądze, ale perfekcyjne wykonanie zlecenia. Pieniądze są dopiero następstwem takiego podejścia. Marek Żynis ujmuje swoją myśl w prostą zasadę: – Trzeba cenić swój czas i zaangażowanie, ale nie pytać najpierw, ile będę z tego miał, tylko raczej, czy jestem w stanie dobrze to zrobić. Właściciel „Auto Stodoły” wyznaje jeszcze jedną zasadę, która, jak twierdzi, jest najważniejsza także w biznesie: – Staram się pamiętać, że dobro dobrem wraca. Mężczyzna przyznaje, że sam wiele zawdzięcza Panu Bogu: – Byłem ciężko chory, przeszedłem dwie operacje. Wielu ludzi modliło się za mnie. Wiem, że gdyby nie On, już by mnie tutaj nie było. Niechętnie jednak mówi o swojej działalności pozabiznesowej: – Niech lewa twoja ręka nie wie, co czyni prawa – ucina człowiek, który sprawił, że najlepsze mercedesy to te... polskie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama