Nowy numer 29/2021 Archiwum

Pod prąd, czyli bez prądu

Na weselu można się bez niego obejść, na Eucharystii nie. Sierpniowa rozmowa o piciu i niepiciu alkoholu z biskupem abstynentem.

Ks. Wojciech Parfianowicz: Rozpoczął się miesiąc sierpień, dla wielu czas długo wyczekiwanego urlopu. Pogoda sprzyja grillowaniu. Jeśli ktoś lubi, dobre, zimne piwo, albo lampka wina z przyjaciółmi, pasują jak ulał. A tu znowu, właśnie w sierpniu, ze strony Kościoła słychać nawoływanie do abstynencji. Można się tym piwem zakrztusić. Czy to wołanie nie idzie trochę pod prąd?

Bp Krzysztof Włodarczyk: Myślę, że sam temat abstynencji, o dziwo, idzie pod prąd, choć właściwie pojęcie to nie jest nam obce i dotyczy różnych dziedzin życia, nie tylko picia alkoholu. Czasami odmawiamy sobie różnych rzeczy, nie dlatego, że ktoś nam tego nakazuje, ale robimy to sami, z własnej woli, bo mamy jakiś cel.

Na przykład rezygnujemy ze słodyczy, żeby schudnąć.

Na przykład. Natomiast, kiedy mówi się o abstynencji od alkoholu, niektórym od razu ciarki idą po plecach i pojawia się myślenie: "Ktoś tu chce nam utrudnić życie". Przecież są wakacje, jest czas wypoczynku, można spotkać się w gronie znajomych, więc cóż przeszkadza, żeby na imprezie pojawił się alkohol?

No właśnie... biskupi przeszkadzają, albo przynajmniej trochę psują zabawę (śmiech).

To będzie zawsze zderzenie dwóch światów, jak zderzenie karnawału z postem. Zestawienie wypoczynku, w którym mamy prawo do relaksu i luzu, z propozycją abstynencji, powoduje pewien kontrast. Episkopat jednak podtrzymuje zaproszenie do abstynencji właśnie w sierpniu, wzywając do daru z siebie, który czynimy niejako pod prąd. Wzywamy do rezygnacji z czegoś zasadniczo dobrego, dla większego dobra, tzn. z miłości do ludzi, którzy cierpią z powodu nadużywania alkoholu. Oprócz daru modlitwy, abstynencja jest konkretnym, osobistym darem dla drugiego człowieka.

Mówi się, że biskupi wybrali sierpień m.in. dlatego, ponieważ w tym miesiącu wspomina się rocznice wielkich wydarzeń ważnych w historii naszej walki o wolność: Powstanie Warszawskie, Bitwa Warszawska, Porozumienia Sierpniowe. Wydaje się więc, że walka o trzeźwość to kolejna ważna bitwa o znaczeniu państwowym.

Jeżeli w Polsce ponad milion ludzi to alkoholicy, a kolejne dwa miliony to nadużywający alkoholu, to mnożąc tę liczbę przez członków ich rodzin, mamy wiele milionów Polaków, którzy na co dzień żyją w bardzo trudnej sytuacji. Najbardziej poranione są dzieci. Ci ludzie nie funkcjonują w pełni, ani w wymiarze religijnym, ani społecznym. Nie potrafią budować normalnych relacji, a więc nie są w stanie włożyć całego swojego ludzkiego potencjału w budowanie społeczeństwa. Zaniedbują pracę, osłabiają więzi rodzinne. Generują straty, które na co dzień ponosimy jako państwo. Dotyczy to tak naprawdę nas wszystkich. Straty, o których mówimy, są także wymierne, finansowe. Wydatki państwa na likwidację szkód związanych z nadużywaniem alkoholu znacznie przekraczają dochody z akcyzy pobieranej przy jego sprzedaży.

Nawoływanie do abstynencji, także tej całkowitej, dość osobliwie wygląda na tle Eucharystii, czyli Najświętszego Sakramentu. To zastanawiające, że Bóg postanowił zostać wśród nas m.in. pod postacią wina, czyli, jak by nie patrzeć, alkoholu. Materią Eucharystii jest alkohol.

Sami alkoholicy mówią często, że alkohol można zdefiniować jako środek chemiczny, który ma taki, a nie inny skład i sam w sobie nie jest zły. Problem jest w umiejętności posługiwania się tym środkiem. Kard. Stefan Wyszyński też podkreślał, że nie chodzi nam o walkę z alkoholem, jako napojem, tylko o trzeźwość. "Przez abstynencję wielu, do trzeźwości wszystkich" - mówi jedno z haseł Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Kościół nie wyklucza spożywania alkoholu.

Trzeźwość więc nie dla wszystkich i nie zawsze musi oznaczać abstynencję.

Osoby już uzależnione nie mają innej drogi. One abstynencję podjąć muszą. Inni natomiast mogą. Trzeźwość to inaczej umiejętne, rozsądne używanie alkoholu.

Skąd bierze się nierozsądne używanie alkoholu np. w naszym kraju?

Mamy pewne "tradycje". Np. istnieje coś takiego jak przymuszanie do picia. Bierze się ono z lęku, że jeśli się nie pije, nie pasuje się do towarzystwa. A więc picie funkcjonuje jako sposób wyrażenia pewnej równości, przynależności. Istnieje też tzw. picie "pod coś", albo "za coś". Np. za zdrowie dziecka - żeby się dobrze chowało, albo za parę młodą - żeby się darzyło. No i jak tu teraz nie wypić? Przecież intencja jest jak najbardziej słuszna. Nie wiadomo skąd wzięło się to łączenie czegoś obiektywnie dobrego...

... z niemal magiczną czynnością wypicia "w tej intencji" kieliszka wódki, czy szampana.

Jakby jedno z drugim miało jakiś rzeczywisty związek. Pojawia się więc swego rodzaju lęk, że jak nie wypiję, to wyłamię się z pewnego porządku. Niejednokrotnie uzależnieni opowiadali mi, że na różnych uroczystościach przeżywali prawdziwą katorgę, żeby dać odpór tego typu zachętom. Wielu nie dało rady się oprzeć...

Wiadomo: "A kto z nami nie wypije...". Istnieje zjawisko, co prawda niszowe, ale jednak, wesel bezalkoholowych. Z tego co wiem, Ksiądz Biskup bywał na takich weselach.

Przed wielu laty, było to postrzegane jako dziwactwo, dzisiaj już trochę mniej, ale jednak nadal jest to ewenement. Tak, to prawda, byłem na kilku takich weselach.

I jak? Można się na takim weselu dobrze bawić?

Jak najbardziej. Kluczowa na takiej imprezie jest rola wodzireja. Kiedyś organizowaliśmy w naszej diecezji specjalne kursy dla takich osób. Można wszystko zaplanować tak, że alkohol jest zupełnie niepotrzebny. Są różne tańce, w które można zaangażować wszystkich gości, są zabawy, różne formy przywitania gości, oczepin. Spotykałem osoby, które były na takim weselu po raz pierwszy i potem dawały świadectwo, że nigdy wcześniej tak dobrze się nie bawiły. Takie wesela mają niesamowitą siłę integrującą gości. Ludzie są nieraz zadziwieni, że brak alkoholu tak naprawdę pozwala o wiele lepiej się poznać. Jest radość, której nie trzeba sztucznie pobudzać.

Ksiądz Biskup podobno sam kiedyś prowadził taką zabawę bezalkoholową.

Tak. Miałem taką możliwość (śmiech). Włączałem się tylko częściowo, żeby nie odbierać zajęcia świeckim. Miałem nawet specjalny strój. Na niektórych twarzach widać było zdziwienie (śmiech).

Tak czy inaczej, sierpniowa zachęta do abstynencji to propozycja, nie przykazanie.

Ten kto odważy się skorzystać z tego zaproszenia, może doświadczyć niesamowitego poczucia wolności. Można się przekonać, że nie trzeba iść z prądem. Jest to pewne wyzwanie, zmiana narzucanego stylu, akt odwagi. Swoją drogą, ciekawe jest to, że niepicie postrzegane jest jako coś dziwnego, a picie jako coś normalnego.

Ksiądz Biskup od lat pracuje z ludźmi uzależnionymi. Najczęściej nasze spotkanie z alkoholikiem następuje na ulicy, kiedy widzimy zataczającego się człowieka, który jest brudny, zaniedbany i być może prosi nas o pieniądze. To oczywiście stereotyp, który nie oddaje rzeczywistej struktury społecznej uzależnionej od alkoholu części populacji.

Trzeba najpierw odróżnić pijaka od alkoholika. Nie każdy pijak to alkoholik i nie każdy alkoholik jest pijakiem. Pijak to właśnie ktoś, kogo zastajemy pijanym. Leży gdzieś w rowie, ledwo przytomny, brudny. To może być człowiek, który nadużywa alkoholu, ale jeszcze nie jest uzależniony, choć oczywiście jest mocno zagrożony. Można natomiast spotkać człowieka kulturalnego, na stanowisku, który potrafi pić tak, że niewielu to zauważa, ale już jest uzależniony. Nie może np. normalnie funkcjonować bez literatki jakiegoś alkoholu każdego dnia. Albo pije w kilkudniowych ciągach z dłuższymi przerwami. Oczywiście taki człowiek też może popaść z kolei w typowe pijaństwo.

Jeden z terapeutów, z którym kiedyś rozmawiałem, powiedział mi, że alkoholizm to choroba, która jest tak inteligentna, jak osoba, którą dotyka. Wśród alkoholików są więc: ludzie z marginesu, ale także prawnicy, lekarze, dziennikarze, a także księża. Niektórzy złośliwie komentują sierpniowy apel biskupów, cytując nawet Ewangelię: "Lekarzu, ulecz samego siebie". Porozmawiajmy więc o księżach alkoholikach. Dla wiernych jest to nieraz prawdziwy szok. Dla Kościoła w sensie hierarchii - temat tabu. Dlaczego?

Przejawiamy nieraz takie myślenie - to przecież nie jest jakiś wielki problem, trafi się jeden czy drugi tego typu przypadek, więc jakoś sobie poradzimy, nie przesadzajmy. Nie chcemy widzieć problemu. Nie zajmujemy się więc danym księdzem, dopóki nie zdarzy się jakieś prawdziwe zgorszenie, czyli coś, co ewidentnie widać na zewnątrz. Ważne jest to, żebyśmy to my księża pomagali sobie nawzajem, już wtedy, kiedy widać pierwsze symptomy.

Sytuacja wygląda często tak: ksiądz ma problem więc biskup wysyła go na leczenie. Ksiądz znika z parafii, wszyscy wiedzą dlaczego, ale oficjalnie nikt nic nie mówi, albo pojawia się komunikat: ksiądz jest na urlopie zdrowotnym. Dlaczego nie powiedzieć ludziom, jak sprawy się mają? Czy to, że ksiądz się leczy, nie byłoby mocnym świadectwem? Przecież wielu parafian ma dokładnie ten sam problem?

Podpisałbym się pod tym. Myślę, że taka sytuacja wynika m.in. z niezrozumienia tego, czym jest alkoholizm. W świadomości ludzkiej nie patrzy się na niego jako na chorobę. Bardziej zwraca się uwagę na same skutki alkoholizmu, na to, co alkoholik robi pod wpływem tej choroby.

Innymi słowy: alkoholik to zły człowiek...

Właśnie. Jeśli dotyczy to księdza, zaraz pojawia się myślenie, że on już nie może pełnić swojej misji, że już się zatracił. Zauważa się tylko to, że człowiek się stoczył, że się upodlił, ale nie widzi się tego, że terapia jest drogą do powstania, że ten uzależniony ksiądz może być nadal wspaniałym duszpasterzem, nawet w tej samej parafii. Myślę, że ludzie byliby w stanie wybaczyć księdzu jego alkoholizm, bardziej niż np. chciwość, czy chamstwo. Jednak i w nas, księżach, pojawia się sztucznie wytworzony lęk, że schodzimy z piedestału i już nie będziemy w stanie na niego wejść. To nieprawda. Są księża, którzy po terapii wrócili do pracy i są wspaniałymi duszpasterzami i pomagają także innym uzależnionym.

Ksiądz Biskup sam jest abstynentem już prawie od 30 lat. Jest Ksiądz Biskup członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Jak to się stało?

Przejawiałem takie samo myślenie, jak każda inna osoba nie mająca problemu z alkoholem. Dobrze czułem się w towarzystwie i wypicie piwa czy wina nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym. Słysząc o KWC, nie widziałem potrzeby, żeby samemu przystąpić do tego dzieła, bo panowałem nad sobą. Alkohol nie był dla mnie problemem.

Wszystko zmieniło się po wizycie w ośrodku dla uzależnionych w Stanominie k. Białogardu.

Tak. To było na początku mojej drogi kapłańskiej. Tam nastąpił przełom. Pan Bóg poruszył moje serce poprzez spotkanie z ludźmi, którzy cierpią z powodu nadużywania alkoholu. Kiedy musiałem stanąć przed tymi ludźmi, wsłuchać się w nich, zadałem sobie pytanie, jak mogę im pomóc. Przyszło pragnienie, żeby przystąpić do Krucjaty i złożyć dar dobrowolnej abstynencji z troski o te osoby. Również po to, aby pokazać im moją z nimi solidarność. Oni musieli nie pić, a ja byłem z nimi w tym wyrzeczeniu, choć nie musiałem. Dołączyłem też do tego mojego dzieła osoby mi bliskie, np. kolegę ze szkoły średniej, o którym dowiedziałem się, że wpadł w uzależnienie. Również w jego intencji podjąłem to dzieło. Później udało mu się wygrać z nałogiem.

Czy wie Ksiądz Biskup o takich osobach, którym Księdza Biskupa świadectwo pomogło w trwaniu w trzeźwości?

Przede wszystkim ja sam osobiście doświadczam niesamowitej wolności. Kto wie, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie ten krok. Nie wiem tego. Wtedy też określiła się w jakiś sposób moja posługa kapłańska. Prowadziłem rekolekcje dla osób uzależnionych, a one bardzo wyczuwają, na ile ktoś jest prawdziwy, a na ile tylko przychodzi, żeby spełnić swoją funkcję. To, że sam nie piję, było zawsze moim dodatkowym walorem w oczach tych ludzi. Słyszałem nie raz, że dla kogoś było to ważne. Pamiętam też jedno konkretne zdarzenie na przyjęciu z okazji chrztu u znajomej rodziny. Panował tam styl takiego właśnie wymuszania picia. Gdy mówiłem "nie", rozpoczynała się perswazja - a to, że lekceważę gospodarza, a to znowu, że nie chcę, żeby dziecko było zdrowe. Jednak oparłem się. Po jakimś czasie podszedł do mnie człowiek, który mi za to podziękował. Okazało się, że był właśnie po terapii i już prawie złamał się. Powiedział mi, że bez mojej odmowy, nie wytrzymałby. Choćby dla tej jednej osoby, warto było.

Tegoroczny apel Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości, mówi o abstynencji, jako o czynie miłosierdzia wobec uzależnionych. Jak rozumieć takie ujęcie sprawy?

Na pewno w kontekście Roku Miłosierdzia warto na abstynencję spojrzeć także w ten sposób. Abstynencja mogłaby być takim nienazwanym uczynkiem miłosierdzia. Można by też spojrzeć na nią w kontekście innych uczynków, tych które już mamy. Skoro nadużywanie alkoholu jest grzechem, abstynencja mogłaby być realizacją uczynku: "grzesznych napominać". W kontekście przypadku, o którym wspomniałem, być abstynentem to także: "wątpiącym dobrze radzić".


Bp Krzysztof Włodarczyk (55 lat) został biskupem pomocniczym diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej 11 czerwca 2016 roku. Od początku swojej posługi kapłańskiej zajmuje się uzależnionymi od alkoholu. Prowadzi rekolekcje, mityngi, spotkania, także dla rodzin alkoholików. Sam od 29 lat jest abstynentem, jako członek Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama