Nowy numer 29/2021 Archiwum

Wszedł do morza i popłynął

25-letni Sebastian Karaś z Elbląga, mistrz Polski w pływaniu, realizuje marzenie – projekt „100 km wpław przez Bałtyk”. Ruszył, by jako pierwszy człowiek na świecie pokonać ten odcinek wpław bez schodzenia na łódź. Przed rokiem w rekordowym tempie przepłynął kanał La Manche, teraz mierzy się z odcinkiem Kołobrzeg–Bornholm. Ta przeprawa ma zająć około dobę.

Było już kilka prób przepłynięcia Bałtyku, wszystkie nieudane, nie licząc zakończonej sukcesem sztafety złożonej z 6 zawodników – mówi Antoni Rokicki, manager S. Karasia. – W latach 90. próbował przepłynąć odcinek Bornholm–Kołobrzeg Tadeusz Wardziukiewicz. Spotkaliśmy się z nim w Sopocie, udzielił nam wielu wskazówek.

Zgadnij co to

Początkowe plany Sebastiana Karasia również zakładały start na duńskiej wyspie i dopłynięcie do Kołobrzegu. Jednak warunki, głównie wiatr, odwróciły scenariusz. Pływak wrócił do Polski i 4 sierpnia stanął na plaży w pobliżu kołobrzeskiej latarni morskiej. Ostatnie pół godziny poświęcił na trening na sucho, na ręczniku i na skupienie. Chęć bicia rekordu zeszła na dalszy plan. – Teraz totalnie o tym nie myślę – powiedział po wciągnięciu na siebie kombinezonu z pianki neoprenowej. – Nastawiam się pozytywnie, jestem zrelaksowany, wiem, co mnie czeka.

Głowa jest gotowa, ciało też. A potem tak zwyczajnie: parę minut rozmowy z kibicami, pozowanie do zdjęć, autografy i punktualnie o 17.00 wejście do morza. Kibice odliczają do zera. Skandują „Sebastian”. Chłopak odwraca się do nich plecami i rusza ku horyzontowi. Zanurza się w morzu. Ramię prawe, ramię lewe rytmicznie pojawiają się nad wodą. Z brzegu obserwuje to przez lornetkę trener Sebastiana Roman Karbownik. Liczy cykle pracy ramion, czy są takie, jak ustalali przed wyjściem: nie za szybkie. Sebastian płynie kraulem, tylko podczas pobierania pokarmu będzie przewracał się na plecy. – Kraulem płynie się najszybciej – wyjaśnia przed startem – okno pogodowe ma tylko 26 godzin, muszę się wyrobić w czasie. Później ma być sztorm. Pływakowi towarzyszy łódź asekuracyjna James Cook, na której przebywa 14 osób, m.in. ratownik medyczny, sędzia pływacki, fotograf oraz znajomi sportowcy, triathloniści, ale pływak nie ma z nimi bezpośredniego kontaktu. Pożywienie i napoje izotoniczne oraz niezbędne przedmioty, np. czepek neoprenowy, lepiej niż zwykły chroniący przed zimnem, podają mu co pół godziny za pomocą tyczki zakończonej pojemnikami. Wspierają go psychicznie i czuwają, by nie zasnął – zadają planszowe zagadki, czyli zdjęcia z zawodów pływackich i dzieciństwa i oczekują na nie logicznej odpowiedzi. Orzeźwiają go wodą z limonką oraz kofeiną. Światło z Jamesa Cooka rozbudza i wyznacza drogę. – Pływak długodystansowy potrafi wpaść w trans, podczas którego jest rzeczywiście nieprzytomny, a płynie – wyjaśnia trener R. Karbowiak. – Wówczas załoga musi ocenić sytuację i zadecydować: wyciągnąć go z wody czy zostawić. Ale właśnie największą przewagą Sebastiana jest jego głowa. On nie jest wojownikiem, który robi wokół siebie dużo szumu. Jest cichy, ale ma bardzo mocną psychikę.

Nie być kłodą

Sebastian trenuje pływanie od 16 lat, długodystansowe od trzech. – To najcięższy sport ze wszystkich – stwierdza. – Osoby, które nigdy nie trenowały, nie wiedzą, co to znaczy wstawać codziennie o 5 rano i o 6 wchodzić do zimnej wody. Przez kilkanaście lat. – Nie ma co ukrywać, pływanie jest nudnym sportem. Ciągle pływasz od ściany do ściany, nic się nie zmienia, codziennie widzisz te same kafelki. Nawet z nikim nie porozmawiasz, bo przecież ciągle masz głowę pod wodą – opowiada i wyjaśnia, że właśnie dlatego lubi pływać na jeziorze, w morzu. To urozmaicenie. Ale w nich czyha okrutny przeciwnik: zimno. Jak podnosi się odporność termiczną pływaka? Przepis mistrzów: lód z zamrażalnika, zimna woda i zawodnik. Umieścić w wannie i wymieszać. – Jestem mocny psychicznie i w grudniu potrafiłem wytrzymać w temperaturze 4 stopni ok. 20 minut. Schody zaczynają się, kiedy trzeba wytrzymać kilka godzin w temperaturze 12-15 stopni – tłumaczy Sebastian. Katorżniczy trening to według niego powód niepopularności tego sportu. Nie można robić przerw w pływaniu, nawet dwudniowych, bo wówczas traci się „czucie wody”, jest się jak kłoda: powolnym, drętwym. – Mało kto chce podjąć takie wyzwanie, szczególnie w Polsce – podsumowuje z żalem mistrz Polski. Chce to zmienić, zainspirować młodzież ekstremalnym, ale i amatorskim pływaniem. To jeden z celów bicia rekordu na trasie Kołobrzeg–Bornholm. – Myślę, że osoba ułożona technicznie dzięki 4-5 treningom w tygodniu z łatwością pokona odcinek nawet 20 km – zachęca.

Umknąć meduzom

Roman Karbownik przeprawiał się przez Bałtyk w latach 60. i 70. Wziął udział w historycznym wyścigu Westerplatte–Hel. To było wówczas najdłuższe pływanie w Polsce na wodach otwartych. Z silnej drużyny, która zmagała się potem z przeprawą przez kanał La Manche, sukces odniosła jedyna kobieta w ekipie – Teresa Zarzeczańska. Roman Karbownik po latach sukcesów międzynarodowych i kariery trenerskiej stanął u boku młodego Sebastiana Karasia, by przygotować go do startu na sławetnym kanale. – Pracowaliśmy m.in. nad psychiką, nad tym, co robić, gdy człowiek już niemalże zaczyna płakać w wodzie, bo nie ma sił – powiedział przekonany o wytrzymałości młodego sportowca. Start na La Manche to potwierdził. – Tam są ogromne pływy. Różnica poziomu wody między przypływem i odpływem to 6-7 m. Kanał jest wąski, a prąd gwałtowny. Ważne dla rekordu jest, by pływak zdążył we właściwym czasie do miejsca na kanale, gdzie może wykorzystać prąd korzystny. Kiedy Sebastian płynął tam na rekord świata, napotkał przeszkody – zimną wodę, parzące meduzy – i trochę się spóźnił. Niestety, końcówkę trasy musiał płynąć pod odpływ. W ten sposób zamiast 31 km, musiał pokonać 41. Zrobił to w 8 godzin 41 minut. Przeliczając: każde 100 metrów było rekordem, było szybsze od „setek” rekordzisty świata Trenta Grimseya, który w 2012 r. pokonał kanał w 6 godzin 55 minut. W moim przekonaniu Sebastian ma rekord w przepłynięciu kanału La Manche. Atutem Karasia jest świetne pływanie na fali. – Są zawodnicy, którzy na większej nie potrafią się utrzymać. Sebastian to potrafi, co więcej, u niego nie widać wysiłku. Ma wielki talent. Uważam, że jest jedyną osobą w Polsce, która może dokonać takich wyczynów – przewiduje trener Karbownik. Przelicza też dystanse, które jego podopieczny potrafi pokonać: 70-80 km tygodniowo podczas treningów, 40 km – bo w obie strony – na Zatoce Puckiej, 54 km na basenie na Otyliadzie w Warszawie. Niektóre celowo pokonywał nocą.

Porażka czy sukces?

– Na pewno ten pan będzie miał przystanki w wodzie, bo inaczej to niemożliwe – tłumaczy plażowiczka dziesięciolatce zaciekawionej wydarzeniem opodal kołobrzeskiej latarni. Nie mieści się jej w głowie, że można płynąć 100 km bez wchodzenia na łódź. Trudno oczekiwać, że taki rodzaj wyczynów znajdzie nie tylko gapiów, ale i naśladowców. Czy więc promocja ekstremalnych sportów ma sens? – Kiedy zapytali George’a Mallory, który w 1923 r. ruszał na tragiczną w skutkach wyprawę na Mount Everest, po co chce iść na taką górę, odpowiedział: „Bo jest” – mówi R. Karbownik o sławetnej wspinaczce przypłaconej życiem. – Są ludzie, którzy widzą przeszkody i chcą się z nimi zmierzyć. Im nie chodzi o sławę czy pieniądze. Sebastian podjął wyzwanie. „Godz. 0.50. 5 sierpnia. Próba zostaje przerwana. Niestety, trudne warunki oraz nudności zmusiły Sebastiana do podjęcia decyzji o wyjściu z wody” – pojawiła się informacja na stronie fejsbukowej „100 km wpław przez Bałtyk”. Śledzi ją 10 tysięcy fanów. Jak to? Ze stu kilometrów udało się przepłynąć zaledwie 30? Jednak nikt nie podnosi tego zarzutu. Nazajutrz S. Karaś podaje powody porażki: niefortunna zmiana planów tuż przed startem i brak snu poskutkowały chorobą morską. To osłabiło jego organizm. – Gdybym kontynuował wyścig, to najprawdopodobniej zemdlałbym po następnych kilku kilometrach – wyjaśnia i choć zasmucony, z hartem ducha dodaje: – Jestem skłonny poświęcić kolejny rok życia na przygotowania i zmierzyć się z Bałtykiem w 2017 roku. – Podjęcie tak wielkiego wyzwania to już sukces – przekonuje Marcin Przeworski z Karaś Team. Wierni kibice z fejsbuka uważają podobnie. Jeden z nich, Marcin Przetakiewicz, swoim wpisem dowodzi, że nieudana próba bicia rekordu nie była bezowocna: „Sebastian, mistrzu! W ramach podziękowania za dużą dawkę emocji idę zaraz na basen przepłynąć ze 2 km... Tak, taki dystans jest dla mnie wyczynem”.

Sport ekstremalny

Pływanie długodystansowe to od 2008 roku dyscyplina olimpijska. Rozgrywana jest na otwartym akwenie na dystansie 10 km. Podczas trwającej Olimpiady w Rio de Janeiro Polskę będzie w niej reprezentować tylko jedna osoba – Joanna Zachoszcz. To dyscyplina dla prawdziwych herosów, porównywana do maratonu lekkoatletów, wymagająca katorżniczego treningu i wysiłku nieosiągalnego dla zwykłego śmiertelnika. Światowej klasy pływak długodystansowy przepływa w tygodniu średnio 90 kilometrów.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama