Nowy numer 2/2021 Archiwum

Konsekracja, czyli... z nieba do piekła

To opowieść o dzieciach, które jedzą myszy, kobietach, które przez cały rok nie mają prawa się umyć, ani uczesać, ludzkiej niewdzięczności i... szalonej miłości do Niego.

Z nieba do piekła? Wydaje się, że powinno być odwrotnie. A jednak. Przypominamy wstrząsającą opowieść siostry-lekarki, która podzieliła się swoim doświadczeniem z parafianami z koszalińskiej katedry na kilka dni przed Światowym Dniem Życia Konsekrowanego.

Historia s. Anity Łuki, pallotynki, pokazuje, że powołanie zakonne może zrodzić się nagle, ale z taką siłą, że w jego realizacji nie jest w stanie przeszkodzić upływający czas, a podejmowane decyzje są podporządkowane tej jednej: "Pójść za Nim".

- Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam 5 lat, byłam z rodzicami na Mszy św. rekolekcyjnej, podczas której homilię głosił misjonarz z Zambii. Wtedy, jako małe dziecko, słuchając opowieści o dzieciach, które cierpią, postanowiłam, że ja też pojadę na misję, by im pomagać. Później, kiedy dorastałam, zaczęłam szukać zgromadzenia misyjnego. Skończyłam też studia na Uniwersytecie Medycznym, żeby pomagać lepiej - opowiada siostra.

Realizacja powołania zakonnego nie polega tylko na życiu duchowym, rozumianym jako trwanie na modlitwie. Siostra Anita prowadzi w Kamerunie ośrodek zdrowia. Pracuje w nim jako lekarz, ale, jak podkreśla, tak naprawdę, wszystko, co robi, jest ewangelizacją. - Staramy się naszym ludziom przybliżyć Boga poprzez posługę miłosierdzia. Żeby ewangelizować, głosić Słowo, najpierw trzeba chorego wyleczyć, a głodnemu dać chleb - zauważa doświadczona misjonarka.

Realia życia w Kamerunie, Europejczyka mogą szokować. Mogą też zupełnie wywrócić do góry nogami wizję życia konsekrowanego. Czasami powołanie zakonne realizuje się w takiej scenerii: - Pięć miesięcy trwa pora sucha. Ludzie idą wtedy do lasu, aby szukać gąsienic, bo nimi się żywią. Małe dzieci zostają w tym czasie w domu i nikogo tak naprawdę nie interesuje ich los. Przychodzą wtedy do nas. Otrzymują posiłek. Nic nadzwyczajnego: ryż, sardynki, olej z palmy. Dzieci radzą też sobie same jak mogą. Łapią myszy, szczury, termity i mrówki.

Misjonarka opowiadała koszalinianom o sposobach traktowania w Kamerunie dzieci i kobiet. - Dziecko jest własnością rodu. Bywa, że się je sprzedaje, aby utrzymać resztę rodziny. Jeśli chodzi o kobiety, to te w stanie błogosławionym jakoś chroni prawo, ale pozostałe - nie. Jeśli umiera mężczyzna, szef rodu zbiera wszystkich, aby wyznaczyć winnego tej śmierci. Najczęściej los pada na kobietę lub dziecko. Jeśli padnie na kobietę, musi ona ponieść karę. Odbiera się jej dowód osobisty i dzieci, wyprowadza na rynek, oblewa nieczystościami, bije. Szef rodu decyduje, jak długo ma trwać taka kara. Najkrócej trwa ona rok. Kobieta nie ma wtedy prawa się umyć, uczesać, ani przebrać. Nie może też podjąć pracy. Takie kobiety błąkają się po drogach, często przychodzą do nas i proszą nas o pomoc.

Siostra zrelacjonowała poruszającą rozmowę z jedną z takich kobiet. - Zadała mi pytanie: "Dlaczego my musimy rodzić się w nędzy i w nędzy umierać? Dlaczego ja nie urodziłam się w Polsce?". Potem powiedziała: "Siostra pokazuje nam Polskę. Macie w niej nawet sklepy, w których jest żywność dla kotów i psów. Macie też lekarzy dla zwierząt. My tutaj umieramy w nędzy. Świat o nas zapomniał". Po jakimś czasie ta dziewczyna wyznała: "Ja już wiem, co to znaczy powołanie misyjne. To tak, jakby siostra opuściła niebo i zstąpiła do piekieł".

Konsekracja, czyli... z nieba do piekła   s. Anita Łuka, pallotynka, na misjach w Kamerunie. Archiwum sióstr pallotynek Pallotynka mówiła także o nadziei wystawianej na niełatwe próby. - Czasami lokalne zwyczaje są silniejsze niż nasza ewangelizacja. Na przykład w Kamerunie nie urządza się pogrzebów dzieci. Oni uważają, że rozkładające się ciało dziecka na polu, albo pod okapem chaty, przyniesie im błogosławieństwo. Tak jest od setek lat. Kiedy podobnie czynią nasi katechiści, czasami jako misjonarze zadajemy sobie pytanie: "Kiedy zobaczymy chociaż 10 proc. owoców naszej pracy?". To bardzo boli. Nieraz zastanawiamy się, czy ci ludzie przychodzą do nas na misje rzeczywiście z pragnienia poznania Boga, czy tylko żeby coś zjeść, albo porozmawiać?

Mimo pojawiających się kryzysów, s. Anita nie ma wątpliwości co do kierunku życia, który obrała przed laty. Również w obliczu realnego zagrożenia ze strony islamistycznych bojówek Boko-Haram, które grasują w kraju, nie chce się cofnąć.  

- W momencie, gdy wybuchła wojna, nasza konsul powiedziała, że jeśli MSZ nakaże opuścić Kamerun, to mamy to zrobić. Ja jestem przełożoną wspólnoty, w której są siostry Kamerunki. Nigdy nie brałam pod uwagę możliwości, że ja wrócę do Polski, a one tam zostaną. Nie mogę zostawić moich sióstr. Czasami boję się, ale nie mogę wrócić. Absolutnie! Jak by wyglądała moja ewangelizacja, gdybym ich wszystkich zostawiła?

Czy takie życie można by nazwać udanym, a zajęcie - wymarzoną pracą? Czy w logice tego świata nie byłoby raczej nazwane porażką, przejawem egzystencjalnego pecha, klapą, szaleństwem?

Pallotynka nie rozstaje się ze swoim krzyżem misyjnym. - To jest moja siła. Jezus mnie posłał - mówi.

Wystarczy?


Z misjonarką rozmawiała Alicja Górska

Więcej o misjach pallotynek, także w Kamerunie oraz o możliwościach pomocy TUTAJ

Konto:

Centrum Misyjne Sióstr Pallotynek
ul. Wojciechowskiego 12
02-495 Warszawa

56 1240 6218 1111 0000 4618 4036

Jeśli wpłata będzie z dopiskiem: "s. Anita - Kamerun" - zostanie przeznaczona na zakup baterii słonecznych w ośrodku zdrowia prowadzonym przez siostrę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama