GN 3/2021 Archiwum

Skrawek nieba

– Nie o kilometry przecież chodzi. Przez te wszystkie dni uczyliście się miłości. Jezus pisał ją w was – mówił bp Edward Dajczak pielgrzymom wchodzącym do Myśliborza.

Jak co roku przyszli do malutkiego sanktuarium, żeby razem z pątnikami z całej metropolii świętować urodziny św. s. Faustyny.

Choć na chwilę

– Gość w dom, Bóg w dom! – Piotr Sobolewski, burmistrz Myśliborza, rozkłada szeroko ramiona, jakby chciał objąć wszystkich przybywających z Koszalina wędrowców. Razem z przewodniczącym rady miejskiej z niecierpliwością wypatrywali nieco spóźniających się pątników, by przy średniowiecznej bramie wręczyć im symboliczne klucze do miasta. – Siostra Faustyna jest wyjątkową mieszkanką tego miasta, czujemy to w sercach od lat, a od niedawna podjęliśmy oficjalne starania, aby razem z bł. ks. Michałem Sopoćką została patronką Myśliborza – dodaje, wyjaśniając rangę mającego nastąpić nazajutrz wydarzenia. W tym roku razem z Apostołką Miłosierdzia 70. rocznicę rozpoczęcia życia wspólnotowego obchodzą także siostry Jezusa Miłosiernego, czyli zapowiedziane przez Faustynę nowe zgromadzenie zakonne, mające swoje początki w Myśliborzu. Kiedy wychodzili z Koszalina, było ich ok. pół setki. Dziewięć dni później, u celu – dwa razy więcej. – Jest coś takiego w tej pielgrzymce, w której jest dużo czasu na rozważania, na wieczorne długie adoracje, że gdy raz ktoś złapie bakcyla, to chce dołączyć do niej chociaż na chwilę – przyznaje ze śmiechem ks. Łukasz Gąsiorowski, przewodnik. Jak Paweł i Ania, którym odkąd na świecie pojawił się Maciek, trudniej wędrować. Ale jadą na Mszę św. do Drawska Pomorskiego, a potem dołączają do pątników choć na ostatnie kilometry. – To też świadectwo naszej wiary. Pokazujemy, że żyjemy z Jezusem – mówi Ania.

Nic ci nie potrzeba

Dla Jadwigi z Koszalina to 8. wędrowanie na urodziny Faustyny. – W drodze nic mnie nie rozprasza na modlitwie. A ile spraw można „załatwić” z Panem Bogiem! – wyjaśnia doświadczona pątniczka. Jak mówi, na pielgrzymim szlaku, choć o wygody niełatwo, znikają nawet codzienne dolegliwości „urodzonych nieco wcześniej”. – Coś tam boli, są odciski i chciałoby się odpocząć… Ale kiedy trzymam w ręku krzyż, to jakbym skrzydeł dostała! Aż z tyłu krzyczą, żeby trochę zwolnić – śmieje się. – W drodze łatwiej poczuć, że jesteśmy w ręku Boga. Nie mam nic poza tym, co na sobie i co w plecaku, ufam, że On zadba o wszystko. Pan mówi: nic ci poza Mną nie potrzeba – i to prawda! Pielgrzymi dostają nie tylko wszystko, co potrzeba do życia na drodze, ale znacznie więcej. Pan Bóg nas po prostu rozpieszcza. Dlatego ostatnio idę i uwielbiam – dopowiada Elżbieta z Połczyna Zdroju. Ułożyła nawet swoją osobistą modlitwę uwielbienia, którą zaczyna dzień. Wśród kolejnych wezwań – powodów do wielbienia Boga – jest i to za napotkanych po drodze ludzi.

Otwierasz rękę

– Na pielgrzymce Bóg podsyła ludzi jak aniołów: jakieś panie wybiegają na drogę z kartonem pomidorów, ktoś wystawia wodę, inni gotują od 6 rano zupę na obiad. Konkretnie realizuje się biblijne zdanie: „Otwierasz rękę, karmisz nas do syta”. Tutaj łatwiej poczuć, że tak naprawdę jesteśmy zależni od Pana Boga, to mocne doświadczenie – przyznaje ks. Łukasz Gąsiorowski. Przyjmowanie pątników to i dla gospodarzy nie lada przeżycie. – To wysiłek, ale i błogosławieństwo dla nas – mówi Maria Bieniak, sołtys malutkiego Sulimierza. A bywa, że gospodarze sami zakładają pątnicze buty. Jak mała Łucja i jej mama Kasia, reczanki, które w tym roku dołączyły do pielgrzymki. – Bóg ma jakiś plan, a w drodze łatwiej się w niego zagłębić. Zostawia się obowiązki, zakupy, obiadki, wożenie dziecka na zajęcia… Wszystkie te codzienne sprawy bardzo rozpraszają. Idąc na pielgrzymkę, zostawia się wszystko i zaczyna się słuchać, co Bóg mówi – wyjaśnia pani Kasia. Monika Roszak z Zarańska od 5 lat przychodzi do myśliborskiego sanktuarium, żeby podziękować za dar macierzyństwa, za wymodlonych tutaj Gabriela i Michała. Zwykle wędruje razem z mężem, ale w tym roku musiała sama poradzić sobie z dwójka kilkulatków w drodze. – To jest trud, ale ufamy, że Pan Jezus bierze go na siebie. Bez Niego nie dalibyśmy rady – mówi. – Na pielgrzymce czujemy się jak w niebie. Potem wracamy na ziemię, do obowiązków i kłopotów, ale na szczęście zawsze ten skrawek nieba udaje się zabrać w codzienność – dodaje z uśmiechem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama