• facebook
  • rss
  • Łowcy dusz

    dodane 14.09.2017 00:00

    Po roku na drogi diecezji znów wyruszyła Karawana Bożego Miłosierdzia. Tym razem wizerunek Jezusa Miłosiernego wiozą do wiosek nie konie, lecz rowerzyści.

    Posłanie rozpoczęła Msza św., sprawowana 3 września w kaplicy koszalińskiego Domu Miłosierdzia Bożego, potem pobłogosławiono ewangelizatorów, rowery i wózek, na którym zainstalowano duży obraz Jezusa Miłosiernego. – Zeszłoroczna akcja spotkała się ze sprzeciwem pewnych osób, które nie zaakceptowały tego, że karawanę ciągnęły konie. Dlatego w tym roku wyruszamy rowerami – powiedział ks. Radosław Siwiński, dyrektor DMB. Na dwutygodniową misję zdecydowało się 8 osób – młode kobiety, mężczyźni oraz siostra zakonna. W niedzielne południe wsiedli na rowery, ubrani w czerwone koszulki i bluzy z logo akcji. Na początek skierowali się do Niekłonic – to wynik porannej modlitwy do Ducha Świętego o wskazanie drogi. W podobny sposób zapadną kolejne decyzje: który zakręt wybrać, gdzie się zatrzymać na nocleg. Ludzi, których spotykają na ulicach lub w progach domów, zapraszają w centralne miejsce wioski, najczęściej do kościoła lub pod krzyż. Tam mówią im o Bożym miłosierdziu, zapraszają do modlitwy i zawierzenia życia Panu Jezusowi. Pogoda nie rozpieszcza cyklistów. Deszcz to ich stały towarzysz. Gdy przemoknięci – acz ze śpiewem na ustach – trzeciego dnia dojechali do Wyszewa, do rozgrzanego kominkiem domu.

    – Zaskoczyliśmy ks. Waldemara z Wyszewa, ale mimo zdziwienia, że to do jego parafii trafiła karawana, o której słyszał w radiu, przyjął nas z błogosławieństwem, otworzył kościół, pozwolił mówić do parafian i odprawił w naszej intencji Mszę św. – mówi Małgosia Łopacka. – Duch Święty wyraźnie nas prowadzi. Zmienia nasze plany. Chcemy jechać w jedną stronę, ale w sercach czujemy, że lepszy będzie inny kierunek, mniej uczęszczany. Tak było z wioską Dadzewo. Dotarliśmy do miejscowości, gdzie trudno trafić, jadąc główną drogą. I właśnie tam obficie wylała się Boża łaska, ludzie wyszli nam na spotkanie, modlili się, dzieci chciały się z nami bawić, ciężko było się rozstać. Ewangelizacja to niełatwy chleb. Nie zawsze jest tak jak w Świeszynie, gdzie przyjęła ich cała wioska, ponieważ akurat trafili na lokalną uroczystość. – Do Świeszyna jechaliśmy z pragnieniem, by mówić o Bożym miłosierdziu jak największej liczbie osób – relacjonuje Małgosia i dodaje, że z tego powodu mówią o sobie dowcipnie „Łowcy.(kropka)Dusz”. – I tak się stało. Bóg zgromadził mieszkańców wsi na festynie i posłał nas do nich. Wyglądało, jakbyśmy zostali wcześniej wpisani w plan parafiady. Niektórzy, widząc karawanę, wychodzą na drogę, pytają. Rozmowy nierzadko kończą się modlitwą – o uzdrowienie z nałogu lub choroby, rozwiązanie problemów. Poza terenem zabudowanym kilometrami ciągną się piękne lasy („ale nie lasy mamy ewangelizować!” – śmieje się i niecierpliwi ekipa). We wsiach też bywa pusto. – Przemierzając drogi Szczeglina, czuliśmy trudy głoszenia. Nie jest łatwo, gdy ma się przeświadczenie, że słowa pozostają bez odbioru – wyznaje Małgosia. – Już prawie na końcu wsi zobaczyliśmy nalepkę z Jezusem Miłosiernym na samochodzie. Krzyknęliśmy: „Nasi!”. A to byli jedyni mieszkańcy, którzy odpowiedzieli na zaproszenie do modlitwy przy kościele. – W niektórych wioskach nie widzieliśmy ludzi ani w oknach, ani na ulicach – przyznaje Adrian Bohatkiewicz. – Po ludzku wydawało się to nieekonomiczne: jedziemy, głosimy, ale nikt nas nie słucha. Potem, kiedy chodziliśmy po domach, okazywało się, że jest inaczej. Ludzie mówili: a, to wy, którzy mówiliście przed chwilą o Jezusie Miłosiernym, którzy ciągniecie Jego obraz. W jednej z wiosek zawędrowali w las. Kilka domów. Wydawało się, że mieszkańcy są w pracy. Jednak rozpoczęli modlitwę. – Wtedy podeszła do nas jedna gospodyni. Pomodliliśmy się razem – wspomina Adrian. – Pan Bóg pokazuje nam, że już samo sianie słowa Bożego ma sens. Że nie mamy patrzeć po ludzku na sytuację, tylko siać, bo to przynosi owoce, nawet jeśli my ich nie widzimy. Jak sobie radzą z obawą, że nie znajdą noclegu? Modlą się. – I staramy się o tym nie myśleć, być tu i teraz. Jest pokusa, żeby zamartwiać się na myśl o tym, czy będziemy mieli co jeść, gdzie spać – zauważa Adrian. – A w ostatniej minucie, kiedy myślimy: co teraz? ktoś podchodzi do nas, przynosi jedzenie, zabiera na nocleg, oddaje nam połowę pasztetu ze swojej lodówki, bochenek chleba. Pan Bóg przekonuje nas: mamy nie zajmować się obawami. To On wszystkim kieruje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół