Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Jak to się robi? Gra się!

Po raz trzeci mistrzami zostali zawodnicy z Czarnego. Prócz nich na najwyższym stopniu podium stanęli też młodsi piłkarze – z Bornego Sulinowa i słupskiej parafii św. Maksymiliana.

Hala sportowa przy SP1 w Jastrowiu pełna była emocji: 21 kwietnia jedni wznosili puchar zwycięstwa, inni doświadczali porażki. Zakończył się finał Piłkarskiej Ligi Ministranckiej. To zwieńczenie współzawodnictwa rozgrywanego w sezonie 2017/18 podczas meczów rejonowych i półfinałów. W diecezji stanęło do nich 56 drużyn, co, jak podaje diecezjalny duszpasterz sportowców ks. Marcin Wolanin, jest lekką zwyżką w stosunku do roku ubiegłego.

Wygrać po raz trzeci

Jak to się robi? Pytanie to postawił mistrzom diecezji z Czarnego bp Krzysztof Zadarko, wręczając im puchar turnieju i medale. – Gra się! – odpowiedzieli zwycięzcy, po raz trzeci z rzędu stając na najwyższym podium. Zawodnicy z Róży Wielkiej nie kryli złości, że nie udało im się tam wspiąć. Bramkarz Róży Maciej Ćwiek powiedział przed wejściem na boisko, że tym razem postarają się dać łupnia rywalom. Stało się jednak odwrotnie. Jak przyznaje ks. Adam Paź, proboszcz i opiekun drużyny z Róży, owszem, powinni się złościć, bo i jest o co. Dobrze wiedzą, że nie „wybiegali” bramek i w końcu siedli psychicznie. – Ze spuszczonymi głowami nie da się wygrać – podsumowuje kapłan. Jego podopieczni na szczęście zdążyli ochłonąć i gdy podchodzili do dekoracji medalowej – srebro to wszak sukces – zrobili to z uśmiechami na twarzach.

Niezadowolony z przegranej z rówieśnikami ze Słupska jest Maciej Gebauer, bramkarz zespołu z Tuczna. Jego drużyna zajęła 4 miejsce w kategorii ministrant. – Sportowcowi może być smutno, to nic złego – zastrzega Maciek pewny, że bez względu na wyniki, chce grać w piłkę. – No tak. Trzeba! A co trzeba? Wyjść z pokoju, w którym stoi komputer, dać się namówić na „nogę”: na bieganie i siniaki. Takich jak on jest przy parafii w Tucznie piętnastu. Maciek zauważa, że wielu jego kolegów nie chce dać się wciągnąć do drużyny. – A to jest superzabawa. I wyrabia kondycję – przekonuje.

Ostatnie pokolenie

Ksiądz Mariusz Ambroziewicz z koszalińskiej katedry, opiekun drużyny, która uplasowała się na 4. miejscu, ma świadomość, że towarzyszenie młodzieży męskiej w sporcie to konieczność, jeśli chce się mieć ich także przy ołtarzu. – To właśnie w tych drużynach są chłopaki, do których jeszcze udaje się trafić z przekazem wiary, którzy jeszcze chcą być w Kościele – powiedział kapłan, wszak z nietęgą miną: według niego sportowy duch zamiera i być może nie da się go już wskrzesić w następnym pokoleniu. Jak więc walczyć o ducha sportu? Wybiegać go na boisku. Ks. Wolanin wskazał na niebagatelną rolę rodziców, trenerów i duszpasterzy, którzy mają kontakt z młodzieżą męską. Zaś bp Zadarko podpowiadał ministrantom, by wzorowali się na sylwetkach sportowców, którzy osiągając najwyższe wyniki, jasno deklarują, że nie one są dla nich najważniejsze, lecz Pan Bóg. Wymienił tu Roberta Lewandowskiego i Kamila Stocha. Fanem tego pierwszego jest Artur Pawlak z Bornego Sulinowa. Jego mama, pani Zyta, wiernie kibicująca synowi, cieszy się, że wzoruje się on na tym piłkarzu. – Artur interesuje się takimi sportowcami, ich życiem, tym, jak dochodzili do kariery. I zastanawia się, co może wykorzystać z tych przykładów dla siebie – powiedziała, śledząc walkę syna o 3. miejsce. Dowodem hartu ducha, którym wykazuje się jej 10-latek na co dzień, jest to, że mobilizuje on rodziców do głębszego praktykowania wiary, np. chodzenia na Msze św. nie tylko w niedzielę, ale i w tygodniu. – Pomimo tego, że ma dużo zajęć, to naprawdę zależy mu, by być przy ołtarzu. Wciągnął w to młodszego brata. Tę relację pomiędzy sportową pasją a wiarą w Boga podkreślił ks. Patryk Wojcieszak. Podczas Mszy św. w kościele pw. NMP Królowej Polski w Jastrowiu inaugurującej finał ligi ministranckiej, wyjaśniał młodym sportowcom, że mimo przynależności do różnych parafii i zespołów powinni stanowić jedną drużynę –drużynę Chrystusa. W niej jest podobnie jak na boisku: raz się ma przewagę i atakuje, ale bywa, że traci się bramkę. Wówczas, po ataku przeciwnika, trzeba umieć podnosić się i wracać spod swojej bramki do Boga. Prócz dekoracji drużyn, której obok bp Zadarki dokonali także burmistrz Jastrowia Piotr Wojtiuk i proboszcz miejscowej parafii pw. NMP Królowej Polski ks. Stanisław Łącki, nagrodzono także najlepszych bramkarzy oraz najlepszych zawodników finału w każdej z kategorii wiekowych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama