Nowy numer 39/2020 Archiwum

Latanie to dopiero frajda!

Przed laty w mistrzostwach Polski modelarzy lotniczych startowało ok. 100 zawodników. Dziś, nawet bez eliminacji, na starcie staje 40. Jak ożywić tę dziedzinę sportu?

Trzeba zacząć od „przedszkola” – mówi z przekonaniem Ryszard Lewandowski, prezes Pilskiego Klubu Modelarzy Lotniczych. Przed 4 laty kręcił nosem na propozycję kształcenia najmłodszych adeptów modelarstwa. Dziś rozumie, że prowadzenie zajęć dla dzieci z podstawówki to jedyny sposób, by wychować pokolenie, które dzięki wymianie doświadczeń i rywalizacji sięgnie po najwyższe laury. O tym, że leżą one w zasięgu ręki, świadczą wyniki pilanina Dariusza Stężalskiego, członka kadry narodowej, który w rankingu krajowym zajmuje obecnie II miejsce. Pod koniec marca w Kietrzu był najlepszym Polakiem startującym w Pucharze Świata w klasie F – zajął wysokie 5. miejsce na 40 zawodników z 12 państw.

Wieża Eiffla

W pilskiej modelarni spędzają czas głównie dzieci skierowane z MOPS-u. – Okazuje się, że zajęć rozwijających talenty wśród dzieci i młodzieży, poza sportowymi i tanecznymi, jest w Pile niewiele – ocenia R. Lewandowski. Jeszcze niedawno, jak przyznaje opiekun grupy Piotr Stankiewicz, ich palce i głowy potrzebowały kontaktu z telefonem komórkowym. Teraz chłopcy (na zajęciach bywają też dziewczęta) używają dłoni do wycinania, dopasowywania, klejenia. Zaś głów do rozszyfrowywania projektów modeli szybowców, które starają się zbudować. Szymon przyznaje, że to niełatwe zadanie, ale przyjemne. Jest wytrwały, bo wie, o co toczy się gra – puścił już kilka szybowców na zawodach, więc wiadomo – połknął haczyk.

Zanim jednak złożą i wyholują na parę metrów pierwszą wypuszczaną z ręki „jaskółkę”, adepci modelarstwa uczą się sklejać kartonowe dinozaury, sowy czy wieże Eiffla. Modelarskie „przedszkole” jest nadzieją, że tutaj narodzą się przyszli fascynaci podniebnych lotów i to niekoniecznie tych na lekkich modelach z balsy (drewna dwukrotnie lżejszego od korka) czy depronu (podkładu pod panele podłogowe). Pośród dawnych wychowanków pana Ryszarda, instruktora modelarstwa z 42-letnim stażem, są piloci LOT-u i lotnictwa wojskowego. Bo tu nie tyle o modele chodzi, ile o pasję, tę prawdziwą, która kształtuje człowieka. – Początkowo nie byłem do tego „przedszkola” przekonany. Do tego, o zgrozo, po kilku zajęciach stwierdziłem: trzeba zmienić program! – wspomina prezes PKML. – Żal mi tych dzieci. Nie potrafią wykonać rękami prawie nic. Według niego to pokolenie jest stracone dla politechnizacji. Najpierw trzeba ich wyrwać sprzed monitorów, a kiedy to już się uda, zabrać… nożyczki. – Przychodzą na zajęcia tak pozbawieni podstawowych zdolności manualnych, z tak niewyrobionymi dłońmi, że musimy im kupować małe nożyczki. Dużymi nie potrafią wycinać – kręci głową instruktor. Zastrzega jednak, że to nie dzieciom urosły dwie lewe ręce, tylko rzadko ktoś je uczy nimi pracować. Klikanie w klawisze, nawet jeśli bywa precyzyjne intelektualnie, to jednak manualnie jest prymitywne. – Że niby dzieci interesują tylko komputery, tylko elektronika? To nieprawda. Po prostu nikt im czegoś więcej nie proponuje – stwierdza pan Ryszard. A tu trzeba usiąść obok, poświęcić czas, uwagę. – To musisz skleić ze sporym naddatkiem. A wiesz dlaczego? – wyjaśnia sposób pracy Filipowi męczącemu się z opornym kartonem i listewkami. A potem jeszcze trzeba umieć cieszyć się z podopiecznymi, gdy nad głowami w pracowni latają jeszcze nie wyschnięte od kleju modele. I gdy na marcowe zawody w hali sportowej do pobliskiej Trzcianki przybywają z całymi rodzinami. – Tam było widać pospolite ruszenie tych dzieci – ekscytuje się prezes. – W grudniu robimy w Pile rewanż, tak fajnie było.

Brak smykałki

To według prezesa m.in. efekt wieloletnich zaniedbań w szkolnictwie. Ubolewa on, że przy okazji wprowadzenia gimnazjów wycofano z programów szkolnych popularne niegdyś zajęcia praktyczno-techniczne. A co za tym idzie, zlikwidowano wyposażone pracownie, które były w każdej podstawówce. – Ten błąd popełniony przed laty sprawił, że zdolności manualne statystycznego młodzieńca są ubogie lub żadne. Odkręcenie tego zjawiska graniczy z cudem z uwagi na wysokie koszty odbudowy zaplecza. Owszem, mogłyby wziąć to na siebie kluby i pracownie modelarskie, te jednak są w kiepskiej kondycji finansowej. Zresztą takich modelarni jest niewiele, a Polska Północna to pod tym względem prawie pustynia, podczas gdy kilka dekad temu Piła była w czołówce polskiego modelarstwa wśród średnich miast. To czasy, kiedy Ryszard Lewandowski zdobył wicemistrzostwo Polski w modelach samochodów prędkich. Szkoda tego zacofania, bo zajęcia w pracowni są nie tylko ciekawe, ale i rozwijające. Modele trzeba prawidłowo odczytać z projektu, skrupulatnie przeliczyć długości, precyzyjnie skonstruować. Chłopcy ze starszej grupy, juniorzy, nabywają tu wiedzy z aerodynamiki. – Bez tego nie byłoby modelarstwa. Te umiejętności przydadzą się nie tylko tutaj, ale i w szkole, na matematyce, geometrii, fizyce. No a przede wszystkim tworzy się grupa, proszę posłuchać, co tam się teraz dzieje przy stole – instruktor Piotr Stankiewicz zwraca uwagę na rozgardiasz w pracowni. – Tak nawiązuje się więź. Najpierw tu, w modelarni, potem podczas zawodów. Niektórzy tę więź pielęgnują całe życie, utrzymują relacje z kolegami z klubu – pan Ryszard podaje przykład wciąż czynnego nestora pilskich modelarzy, 80-letniego lekarza dr. Eugeniusza Żmudę.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama