Nowy numer 42/2018 Archiwum

Czasem śnią mi się kajaki

Był mistrzem i wicemistrzem Polski. Dziś bierze udział w najważniejszych zawodach. Stawką jest życie.

Kiedy miesiąc temu wychodził ze szpitala, pokonanie stu metrów do taksówki było wyczynem. Do dzisiaj nawet proste czynności powodują ogromne zmęczenie. – Myślałem, że jestem ze stali. Wszyscy w okolicy znają mnie jako silnego człowieka, który ze wszystkim daje sobie radę. Nawet do mnie samego nie dociera, że muszę prosić o pomoc. To trudne – przyznaje z zakłopotaniem Marek Sztabnicki.

Czterdziestoośmiolatek to jeden z najbardziej utytułowanych kajakarzy ze słynącego z tej dyscypliny Białego Boru. Był mistrzem Polski w kajakarstwie juniorów, wicemistrzem młodzieżówki, a także wicemistrzem kraju seniorów. Po sukcesach na torach regatowych zajął się trenowaniem swoich następców.

– Na olimpiadę nie pojechałem, bo klub nie miał przebicia finansowego, zresztą wszystko rozbijało się o pieniądze. Ale nie rozpamiętuję, nie oglądam się wstecz – mówi, patrząc na czarno-białe zdjęcie kajakowej czwórki, z którą zdobywał wicemistrzostwo kraju. Teraz znów ważne stały się pieniądze. Zawody, w których startuje, są kosztowne, a pan Marek nie ma nawet z czego żyć.

Diagnoza padła niespodziewanie jesienią ubiegłego roku. – Słabłem, ale myślałem, że to po prostu naturalna kolej rzeczy. Wyczułem guz pod pachą. Miałem nadzieję, że to mięśniak – opowiada. Ośmiocentymetrowa narośl okazała się nowotworem złośliwym, chłoniakiem z komórek płaszcza C83. Dla byłego sportowca, człowieka prowadzącego aktywny tryb życia, to było jak koniec świata. – Skłamałbym, gdybym powiedział, że od razu zacząłem walczyć. Najpierw był totalny dół. Ale była też rodzina i myśl: „Co dalej?” – wspomina.

Dalej były szpitale i konsultacje. Potem wyczerpująca chemioterapia, mająca na celu zniszczenie układu odpornościowego dla nowych, zdrowych komórek macierzystych krwiotwórczych i autoprzeszczep. W bloku, w małej wsi pod Białym Borem, trzeba było stworzyć odpowiednie warunki, w których pan Marek dochodzi do siebie po terapii. Nawet dywany i koce mogą być śmiertelnym zagrożeniem. – Rachunków jest cały karton. Przejazd do lekarza do Koszalina też jest wydatkiem, a przecież trzeba jeździć do kliniki do Gliwic, prawie 600 km. Na szczęście udało mi się znaleźć nocleg u sióstr zakonnych, bo pobyt w hotelu onkologicznym jest zupełnie poza moim zasięgiem. Są jeszcze leki i bieżące wydatki – wylicza pani Iwona.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy