Nowy numer 33/2019 Archiwum

Walentynki nasze codzienne

„Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przenieść ją przez całe życie” – pisał mistrz Gałczyński. Tylko wtedy uczuciu nie zagrożą ani upływające dziesięciolecia, ani życiowe zakręty.

Małżeński bilans to 30 wspólnie przeżytych lat, pięciu synów i… nieustanny deficyt bliskości. − Znudzić się sobą? My nawet telewizora nigdy nie musieliśmy kupić… – śmieją się Ania i Witek Juszczakowie. – Cały czas się przytulamy, okazujemy sobie czułość. Pamiętam, kiedy Michał miał może ze cztery lata i zobaczył nas przytulających się, zaczął się wciskać pomiędzy nas, mówiąc: „posuńcie się, ja też chcę być w waszym kochaniu!” – wspomina ze śmiechem Ania.

– Nadal zdarza nam się po niedzielnym obiedzie potańczyć, a zamiast się kłócić… śpiewamy – mówi Witek. Ich rozmuzykowany dom w Gościnie powoli cichnie. Chłopcy po kolei rozjeżdżają się po świecie, a oni zaczynają mieć nieco więcej czasu dla siebie. – Ale nawet, kiedy bardzo dużo się w naszej rodzinie działo, kiedy byliśmy w pędzie miedzy szkołą muzyczną chłopców, zajęciami karate i masą innych obowiązków, znajdowaliśmy chwilę dla siebie, nasz „Kaffeezeit”. To było naprawdę 5 minut, rzadko kiedy 7. Ale to był święty czas, kiedy chłopcy wiedzieli, żeby nam nie przeszkadzać – wspominają. Drugie słowo klucz to „razem”. – Był czas, że bardzo brakowało nam pieniędzy, więc postanowiliśmy pojechać dorobić za granicę. Ale razem, we dwoje. Z jednej strony to wspólne zmaganie, wspólny trud, ale też swego rodzaju przygoda, którą przeżyliśmy razem. Nawet teraz nie przestajemy myśleć o sobie. To są drobiazgi, choćby to, że zawsze znajduję czas, żeby przysłać Ani SMS, że bezpiecznie dojechałem do pracy albo zapytać, czy zrobić po drodze zakupy – wyjaśnia Witek.

Plan na życie mieli zupełnie inny. Ania wybrała filologię rosyjską z myślą o zakonie i ukraińskiej misji. Za kapłaństwo Witka modliły się słupskie klaryski. – Mieszkaliśmy w tym samym akademiku, spotykaliśmy się we wspólnocie, ale kojarzyć nas ze sobą najpierw prędzej zaczęli znajomi niż my sami. Kiedy wychodziliśmy razem, koleżanki czasem przygadywały: „O, dzisiaj to długi był spacer”. No długi, bo zmówiliśmy cały Różaniec, a wczoraj była tylko dziesiątka. Kiedy one myślały, że my na randkę idziemy, my chodziliśmy się… pomodlić. Okazało się jednak, że Pan Bóg ma dla nas lepszy plan. Nam wystarczyło współpracować z łaską – opowiada ze śmiechem Ania.

Małżeński cement

Dzięki tej współpracy udaje im się uniknąć zwodniczych raf i groźnych burz. – Nie zawsze mamy jednakowe zdanie. Ale dochodziliśmy do konsensusu. A kiedy było coś na ostrzu noża, czuliśmy się rozżaleni to… klękaliśmy. Bywało, że Witek krzyżem leżał, ja pościłam. Albo kiedy trzeba to jedno za drugie psalmy odmawia, za różaniec łapie. A chłopcy razem z nami – Ania wyjaśnia sposób na unikanie małżeńskich wstrząsów. Mają nadzieję, że swoim świadectwem dali synom najlepszy przepis na prawdziwą miłość. W tym roku pierwszy z nich stanie na ślubnym kobiercu. Od lat są też dekanalnymi doradcami życia rodzinnego. O takiej miłości mówią narzeczonym, z którymi się spotykają.

– Dzisiaj łatwiej ludziom pójść do łóżka, niż razem uklęknąć. Kiedy pytamy narzeczonych czy się razem modlą, często patrzą na nas zdziwieni. No w kościele, ze wszystkimi, to jeszcze, ale jak to, razem? To tym dziwniejsze, kiedy przychodzą na nauki, będąc już rodzicami. Są zdumieni, kiedy odkrywają, że najintymniejszą sprawą między dwojgiem ludzi nie jest seks, a modlitwa. Bez niej bardzo szybko może się okazać, że małżeństwu zabrakło cementu – wyjaśniają. Na brak takiego spoiwa nie pomogą czerwone serduszka, walentynkowe gadżety, raz w roku wręczane kwiatki, czy pochopnie składane wyznania.

Celebryci

− Walentynki dobre są tylko dla tych, co serduszka sprzedają. Oni najbardziej świętują. Dobrze jest dostać kwiatek, ale jeden gest w roku niczego nie załatwi. Tu chodzi o to, żeby na co dzień okazywać sobie troskę, pomoc, dobre słowo. Takie walentynki codzienne – kiwa głową pani Mieczysława. Pan Wiesław, nieco zakłopotany nagłym zainteresowaniem spokojną złocieniecką rodziną, więcej słucha niż mówi. – Żadni z nas celebryci, żeby o nas w gazecie pisać – macha ręką lekceważąco. Ale w województwie, które od lat niechlubnie przoduje w rozwodach, pół wieku razem przeżyte wcale zwyczajne nie jest. – Sami nie wiemy, kiedy to minęło. Piątka dzieci, szóstka wnuków, w tym trzech ministrantów – mówi pani Mieczysława, przewracając kartki albumu przygotowanego przez dzieci na jubileusz złotych godów.

Pół wieku radości rodziny Małyszko, tych świątecznych i tych codziennych, całe życie zamknięte w fotografiach i… rymowanej historii rodzinnej spisanej przez najmłodszą córkę. – Dla nas, dzieci, nasi rodzice to bohaterowie. Chciałabym, żeby moje małżeństwo było takie, żebyśmy razem z mężem umieli stworzyć taki dom. I po tylu latach powiedzieć sobie, że nadal się kochamy – mówi pani Magda, z czułością patrząc na rodziców. Bo że wciąż się kochają, nie ma wątpliwości. Tylko mówić o tym niełatwo, bo przecież to takie… zwyczajne. − Najlepiej o tym, jaką rodzinę stworzyli, świadczy to, że chociaż wszyscy mamy swoje domy, najchętniej spędzamy czas u rodziców. Myślę, że bardzo się kochają. Jak tylko jedno westchnie, to zaraz drugie biegnie sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku – dodaje pani Magda. Ślubowali sobie w złocienieckim kościele równo 51 lat temu, 17 lutego. Potem, w tej samej świątyni ślub brały ich dzieci.

– W ubiegłym roku odnawialiśmy uroczyście nasze przyrzeczenia przed Matką Boską. Przed tym samym obrazem ślubowali sobie miłość moi rodzice, tyle że w Folsztynie. Tak to się poukładało, że Matka Boska przyjechała tu ze wschodu w końcu za nimi – pani Miecia uśmiecha się do Maryi, która w Złocieńcu króluje z tytułem Opiekunki Rodzin. Na pytanie o przepis na dobre małżeństwo zamyślają się oboje na dłużej. – Chyba nie ma takiego – mówi w końcu pani Mieczysława, ale dodaje, że nie mieli czasu z mężem, żeby się sobą znudzić. − Teraz to ludzie i po dwóch latach już są sobą znudzeni. Coś się nie podoba, to zaraz się rozstają. Kiedyś inaczej było. Człowiek myślał, co z dziećmi będzie, trochę też co ludzie powiedzą. Teraz na nic się nie oglądają. Przeżycie razem tylu lat nie polega na tym, żeby nie było kłopotów, tylko na tym, żeby je razem przejść – mówi.

Udar nie da rady

Stając na ślubnym kobiercu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to obietnica do grobowej deski. Bywa jednak, że łatwiej powiedzieć niż dotrzymać słowa. Zwłaszcza, gdy pierwsze uniesienia dawno minęły, a w rzeczywistość wkracza poważna choroba jednego z małżonków. – Chyba rok po wypadku miałam poważny kryzys. Pomyślałam, że nie dam rady tak dłużej: niemal całodobowa opieka i brak szans na poprawę. Przecież są specjalne ośrodki, a ja jeszcze jestem młoda… Uciekłam do kościoła. Całą wieczorną Mszę patrzyłam na ołtarz, przed którym 10 lat wcześniej składaliśmy małżeńską przysięgę. Pomyślałam: przecież obiecałaś, że w zdrowiu i w chorobie… − wspomina pani Danuta. Od czterech lat bardziej pielęgniarka niż żona.

– To trochę tak, jakby życie powiedziało nam: „sprawdzam”. Bez Bożej pomocy chyba byśmy nie wygrali – mówi. Udar, którego doznał pan Adam po wypadku samochodowym, nie tylko sparaliżował jego ciało, ale też znacznie ograniczył kontakt ze światem. – Ja mogę teraz mówić bezkarnie za nas dwoje – pani Danuta uśmiecha się do męża. Żeby się nim opiekować, zrezygnowała ze stałej pracy. Nauczyła się, jak pielęgnować chorego, podnosić i przewracać na boki bez nadmiernego nadwyrężania kręgosłupa, jak rozumieć potrzeby w nieartykułowanych dźwiękach. A nawet, jak odnaleźć miłość między podawaniem basenu i leczeniem odleżyn. – Raz otworzyłam Pieśni nad Pieśniami przeczytałam: „Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki”. Udar też nie da rady – uśmiecha się ciepło. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL