Nowy numer 30/2021 Archiwum

Miejsce, które daje szansę

O pobycie w placówce wychowawczej najczęściej chciałoby się zapomnieć, wymazać z pamięci. Do Trzcińca byli wychowankowie wracają co roku. – Bo to nie ośrodek, tylko dom – od razu prostują myślenie.

Zbudować dom

Żaneta to jedyna dziewczyna w blisko trzydziestoletniej historii Domu Młodzieży. Do Trzcińca trafiła razem z braćmi. Po śmierci mamy nie było nikogo, kto chciałby zająć się czworgiem nastolatków. – A ks. Kazimierz zgodził się przyjąć nas wszystkich, żeby nas nie rozdzielono. Dał nam prawdziwy dom. A potem dał mi pierwszą pracę w ośrodkowej kuchni – uśmiecha się, wspominając pierwszego dyrektora placówki. Dla zjeżdżających się do Trzcińca byłych wychowanków zmarły osiem lat temu salezjanin był jak ojciec. – Zawsze, gdy podjeżdżam pod pałac, widzę w oknie ks. Kazimierza. Jakby cały czas tam był, spoglądał, kto przyjechał, i cieszył się z gości – mówi Marek.

Pałac ma swoją pogmatwaną historię. W przeszłości urzędowali tu działacze Hitlerjugend, mieściło się wojsko, działały szkoły czaplineckie, siostry franciszkanki z państwową placówką dla dzieci głęboko upośledzonych, w końcu – PGR. W zabytkowej, ale zdewastowanej ruinie blisko trzydzieści lat temu Zofia Langowska i ks. Kazimierz Lewandowski zobaczyli miejsce na dom dla trudnej młodzieży. Razem z pierwszymi wychowankami przywracali go do życia. – Gdy tu przyjechaliśmy, nie było tynków, brakowało okien. Ruina. Wszystko robiliśmy razem. Zostawiliśmy tu kawał siebie, jakąś część serca – kiwa głową Wojtek. Paradoksalnie pobyt w ośrodku był dla niego najlepszym czasem. – Nie byłem idealny, do szkoły miałem naprawdę pod górkę. Tu też walczyłem z nauczycielami w szkole. Ale gdyby ktoś mi powiedział, że mogę się cofnąć w czasie i coś zmienić, to na pewno nie byłby to ten etap życia. Różnych rzeczy żałuję, ale nie tego – zapewnia.

Dać zawód i szansę

Dzisiaj w Trzcińcu jest ponad 70 wychowanków mieszkających w dwóch internatach. Ośrodek to szansa, żeby przed osiągnięciem pełnoletniości, która daje wolność od sądowych postanowień, jak najwięcej w zbuntowanej głowie się poukładało. Wychowankowie kończą obowiązkową szkołę. Podczas warsztatów poznają swoje talenty i planują dalszą edukację lub pracę.

Wielu korzysta z oferowanych przez ośrodek kursów. Od ubiegłego roku mają też możliwość kształcenia się w czteroprofilowej szkole branżowej. – Jesteśmy jedynym ośrodkiem, w którym jest tak bogata oferta. Kształcimy w czterech zawodach: stolarz, kucharz, mechanik samochodowy i – jako jedyni w Polsce – lakiernik samochodowy. Zwłaszcza ten ostatni kierunek cieszy się dużym zainteresowaniem i, jak się okazuje, chłopcy mają do tego dryg – cieszy się ks. Wiesław.

Po ukończeniu 18. roku życia sąd nie może zatrzymać chłopaka w MOW-ie. Ale dla tych, którzy chcą zostać i dokończyć szkołę, miejsce w Trzcińcu zawsze się znajdzie. – W tym roku mieliśmy jednego chłopaka, w tym zapowiada się, że zostanie dwóch. Poczuli, że są u siebie, że to ich dom. Czasami lepszy niż ten pierwszy. Tu jest co jeść, zawsze jest opieka i zainteresowanie, jest możliwość nauczenia się czegoś – tłumaczy dyrektor. Inne zaniedbania to te w sferze duchowej. Szybko okazuje się, że chłopcy mają zaległości nie tylko w nauce, ale też w życiu sakramentalnym. Co roku około trzydziestu idzie do bierzmowania, kilku indywidualnie przygotowuje się do chrztu i I Komunii Świętej. – W Niedzielę Miłosierdzia zostało w ośrodku chyba tylko piętnastu wychowanków. Ksiądz zaproponował spowiedź. Skorzystali wszyscy i wszyscy przyszli do Komunii Świętej. Jeszcze kilka lat temu wstanie z ławki podczas Mszy św. i pójście do Komunii było trochę obciachowe. Teraz, razem z wychowawcami i dyrektorami, idzie ponad połowa – mówi ks. Wiesław.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama