Nowy numer 32/2020 Archiwum

To nie rzeźby, to modlitwy

74-letni artysta spod Ustki został modelem znanej agencji. Niektórym przypomina Chrystusa, sobie natomiast prostego pastuszka z papieskiego ołtarza. Kazimierz Kostka z Bogiem rozmawia nietypowo – za pomocą… siekiery.

Rzeźb – wielkich jak olbrzymy i maleńkich jak kamyki – Kazimierz Kostka ze wsi Wodnica pod Ustką stworzył przez niemal siedem dekad całe mnóstwo. W samej swojej pracowni zgromadził ich 2,5 tysiąca. Kolejne stoją w ogrodzie i przed domem, a te najlepsze – nie tylko w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą, ale i w muzeach, m.in. Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, a także w Toruniu, Poznaniu, Warszawie i Bydgoszczy. Te najważniejsze to rzeźby o tematyce religijnej. W 1999 roku jego „Kapela kaszubska” znalazła się na ołtarzu w Sopocie podczas pielgrzymki do ojczyzny papieża Jana Pawła II.

70-latek modelem

Takiej kariery Kazimierz Kostka na stare lata się nie spodziewał ani za nią nie chodził. Ot, podczas pleneru rzeźbiarskiego w Smołdzinie dostrzeżono jego fotogeniczną sylwetkę: pochyloną nad pniakiem, z siekierką w umięśnionych rękach, z rozwichrzonymi włosami. Szkopuł w tym, że nie bardzo dawał się sfotografować. – Mąż był wtedy zmęczony, niezadowolony, bo nie dowieźli niektórych jego rzeźb na ten plener – wspomina z uśmiechem Jolanta Kostka. –

Coś mnie zafascynowało w jego twarzy – mówi autor fotografii Mariusz Smoliński, dyrektor Centrum Edukacji Regionalnej w Słupsku. Skojarzył mi się z Chrystusem, który dożył siedemdziesięciu lat. Choć się ode mnie oganiał, zrobiłem mu całą serię zdjęć.

Dyrektor przesłał fotografie do agencji modelingowych. Kilka z nich zareagowało na korespondencję. Po rozmowach panowie przystali na propozycję agencji Gagamodels z Poznania i Kazimierz Kostka pojechał na zdjęcia próbne. Wypadły świetnie. Wiekowy model dziwi się temu wszystkiemu, ale podejmuje wyzwanie i czeka na kolejne sesje w studiu oraz plenerze. Woda sodowa mu jednak do głowy nie uderza. Jego pierwszą pasją była i pozostanie rzeźba.

Najpierw był scyzoryk

Pan Kazimierz rozplata warkocz, w który dla wygody zaplótł brodę. Nie aspiruje do bycia drugim Chrystusem. Raczej do tego, by przez sztukę zaglądać do nieba. – Ja nie rzeźbię, ja chodzę się modlić do mojej pracowni – stwierdza.

Taką formę modlitwy odkrył w dzieciństwie. – Kiedy pasłem krowy, zgubiłem modlitewnik babci, z którego przygotowywałem się do Pierwszej Komunii. Przestraszyłem się, nie mogłem go znaleźć. A że w kieszeni nosiłem scyzoryk, imieninowy prezent od wujka kowala, i czasem coś tam nim dłubałem w gałązkach brzozy czy jarzębiny, to i wtedy w tej rozpaczy zacząłem dłubać moją pierwszą modlitewkę.

Babcinej kantyczki nie przestał szukać. Po dwóch tygodniach na miejscu zguby ujrzał coś ogromnego. – Wynurzało się to z mgły. Gdy się do tego zbliżyłem, zobaczyłem, że to potężny kopiec kreta. I że leży przy nim… modlitewnik – przywołuje obrazy z dzieciństwa. – Z radości zbudowałem w tym miejscu mój pierwszy ołtarzyk. I tak szło: dłubałem kolejne krzyżyki, Bozie, i dostawiałem.

Ilekroć nabroił, a broił nierzadko, i dostawał burę, szukał patyków i rzeźbił w nich święte postaci – żeby go jeszcze większa kara za psotę nie spotkała. Tak odkrył swój sposób modlitwy. Inny od tego przyjętego w rodzinie, która co wieczór klękała do Różańca. – Dla mnie rozmową z Bogiem było rzeźbienie. Ojciec gonił mnie do klęczenia ze wszystkimi, ja się wymawiałem: przecież robię Chrystusa Frasobliwego, ja Mu wszystko opowiadam swoimi słowami. Ale tata ściągał mnie z pracowni do wspólnego pokoju. Wszyscy głośno zmawiali Różaniec, a ja towarzyszyłem im, dłubiąc moją modlitewkę.

Potem już zawsze traktował rzeźbienie jako modlitwę. Jeśli był przygnębiony, szedł do figurki, którą akurat formował, do Matki Bożej lub Pana Jezusa, i tam się skarżył. – Dlatego tworzę głównie rzeźby religijne – podsumowuje artysta z Wodnicy.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama