Nowy numer 50/2019 Archiwum

Duszo, idź do Pana

Kazimierz Majchrzak, emerytowany kapitan i instruktor śmigłowcowy, przebył długą drogę od jogi do umiłowania rodziny, sąsiadów, parafii, Boga.

Gros życia spędził w śmigłowcach do zwalczania okrętów podwodnych. Pochodzi z Radoszyc, ale to Darłówko od 37 lat jest jego domem. Trafił tu jako żołnierz zawodowy. Do tego miejsca chce wracać z Mazur, Bornholmu czy Chin z ukochaną żoną Brygidą – do nadmorskich krajobrazów, serdecznego sąsiedztwa przypominającego stosunki rodzinne, inspirujących spotkań w parafii.

Drogę do pokonania miał długą. Ruszył od odcinającej go od ludzkich więzi jogi. Dziś mówi, że to m.in. z powodu medytacji wschodnich zwyciężał jako sportowiec. – Moje uczucia przypominały wtedy linię prostą: nie znałem miłości, nienawiści, smutku, radości. To dlatego byłem w stanie wygrywać zawody, bo zadania wykonywałem na zimno.

Osiągnięć ma niemało. Jest zdobywcą tytułów mistrzowskich w lotnictwie wojskowym, w sprawnościowych wielobojach pilota, biegach na orientację. W 2010 roku otrzymał statuetkę Ikara za szczególne zasługi w szkoleniu lotniczym. Ma na koncie prawie 3 tysiące godzin nalotu i tytuł Pilota Roku 2004.

Karina chodzi!

Pan Kazimierz pochodzi z katolickiej rodziny. Obraz srogiego, karzącego za zło Boga, jaki ukazano mu na katechezie, sprawił jednak, że nie rozumiał, za co można Go kochać. Jako dojrzały człowiek odpowiedzi na swoje wewnętrzne potrzeby zaczął szukać nie w Kościele, lecz w jodze. To ona wyzuła go z emocji, wyobcowała na tyle, że ani niczym się nie cieszył, ani nie wściekał. – W sprzeczkach między ludźmi nie przejawiałem emocji, tylko postępowałem na chłodno, jak prokurator – mówi. – To ich irytowało.

Czas dla rodziny nie mieścił się w jego grafiku. Z rodziną wygrywały praca, bieganie, medytacja, szachy. Nawet kiedy byli razem, to on narzucał, jak żyć: bez telewizji, tylko z naukowymi zainteresowaniami. Do ludzkich uczuć zmusiła go żona. Postawiła go pod ścianą – w przenośni i dosłownie: skierowała w jego kierunku roczną córeczkę, by zaprezentować mu jej pierwsze kroczki. – Cieszyłyśmy się obie, a on… tylko popatrzył. I nic... – pani Brygida relacjonuje sukces Kariny. – Wtedy powiedziałam: jeśli nasze życie ma tak wyglądać, to nie ma sensu.

Kiedy więc podczas kolejnej medytacji na plaży pan Kazimierz nagle usłyszał w głowie pytanie: „Czy idziesz dalej?”, zawahał się. – Pomyślałem: mam przecież rodzinę. Zdecydowałem więc: z jogą koniec. Z czasem doceniłem to, czym różnimy się od komputera: możemy kochać, nienawidzić, być radośni i smutni. To jest piękno człowieczeństwa.

Początkowo młody tata zmuszał się, by nawiązać relację z córką: zabierać na salę zabaw, na basen. W pewnym momencie „zaskoczyło”, i to do tego stopnia, że na różne wypady zabierał też jej kolegów z podwórka – jakąś dwudziestkę dzieci… Do dziś wołają do niego „wujku”.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • TOMTOM
    27.11.2019 16:33
    No tak, bo joga to medytacja, a medytacja to wyzuwa ze wszystkich emocji ;)
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama