Nowy numer 29/2021 Archiwum

Celebrans zamiast celebryty

Z popularnego telewizyjnego talent show trafił do seminarium duchownego w Szczecinie. Zamiast kariery wybrał służbę. Niespełna rok po przyjęciu święceń kapłańskich mówi: „Teraz jestem szczęśliwy”.

Gościem męskiego spotkania na Górze Polanowskiej był ks. Maciej Czaczyk, wikariusz parafii w Myśliborzu. We franciszkańskiej pustelni opowiadał o swojej drodze z popularnego talent show do kapłaństwa. – Wydawało mi się, że skoro ludzie klaszczą, biorą autografy, robią sobie ze mną zdjęcia, to ja chyba muszę być jakimś bogiem. Na pewno kimś lepszym od innych. Ale wewnątrz był mrok i pustka – wspomina młody duchowny.

Z talent show

Do szczytu popularności dotarł, gdy miał zaledwie 17 lat. Wygrał drugą edycję popularnego programu „Must Be the Music”. – Marzyłem o zgłoszeniu się do programu. Potrzebowałem jednak zgody rodziców, ale oni byli przeciwni, bo martwili się o moją maturę. Zgłosiłem się jednak, załatwiłem lewą zgodę od mojego chrzestnego i pojechałem na casting. Pomyślałem, że jeśli pokażą mnie w telewizji, to coś się ruszy: scena, zespół, coś fajnego. Tak się potoczyło, że wygrałem. To był szok dla wszystkich, dla moich bliskich, dla rodzinnej miejscowości. I się zaczęło – opowiada ks. Maciej. – Odezwał się do mnie Robert Janson z zespołu Varius Manx. Nagrałem jeden singiel, potem drugi i trzeci. Zaproponował płytę. Wprawdzie myślałem bardziej o bluesie, ale Jansonowi się nie odmawia – dodaje ze śmiechem.

Coś pękło w ciszy

Wszystkie drzwi stały otworem. Wydawało się, że do szczęścia nie powinno brakować już niczego. – Było zupełnie na odwrót. Na zewnątrz uśmiechnięty, młody człowiek, który spełnia swoje marzenia i… staje się produktem do nagabywania kolejnych, żeby lecieli jak ćmy do światła. Wszystko kręciło się wokół mnie. Święty Augustyn napisał w „Wyznaniach”, że pycha tak napompowała mu policzki, że te zasłoniły oczy. Mnie też. Miotałem się, pojawiały się używki – opisuje swoje życie.

Do przemiany wystarczyło kilka dni odcięcia od świata. – Bardzo chciałem nauczyć się jeździć na nartach. Miałem chwilę wolnego między koncertami i szkołą. Ale nie było z kim jechać. A ja tak bardzo chciałem, że kiedy proboszcz z mojej parafii, przyjaciel mojej rodziny, oznajmił, że wybiera się w Alpy, postanowiłem się z nim zabrać. I tu wtopiłem. Bo proboszcz najpierw mówi: „Maciek, wyspowiadaj się”. Nie było to jeszcze wprawdzie jakieś głębokie przeżycie, ale już coś pękło. Po drodze prawie całą drogę odmawialiśmy Różaniec. I już zacząłem żałować – opowiada ze śmiechem. – A kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że nie ma zasięgu. Jak na pustelni: bez portali społecznościowych, wiadomości, notowań. I w tej ciszy usłyszałem, jak wielki jest we mnie chaos. Poczułem, że to nie moja droga, ja tak nie mogę żyć.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama