Nowy numer 32/2020 Archiwum

Morowe epizody nad Słupią

Choroby dziesiątkujące mieszkańców, śmierć za złamanie kwarantanny, kąpiele w occie i bohaterowie dramatycznych czasów - dla mieszkańców Słupska i okolic epidemie to żadna nowość. Na przestrzeni wieków pojawiały się tu często.

W Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej opowiadał o tym Marcin Barnowski podczas usteckiego Historycznego Czwartku. Oczywiście, za pośrednictwem internetowego przekazu, który w czasie koronawirusa jest jedyną szansą na organizowanie spotkań w większym gronie.

Wielkie umieranie

Dżuma, tyfus, cholera. Bywały lata, że "wielkie umieranie" dziesiątkowało miasto nad Słupią bezlitośnie, zmniejszając populację nawet o jedną trzecią.

Pierwsza zaznaczona w słupskich dokumentach zaraza pojawia się w 1439 roku. Potem wracały co kilkadziesiąt lat, często wraz z maszerującym przez Pomorze wojskiem. Jak w 1630 r., podczas wojny trzydziestoletniej, gdy pojawiła się razem z cesarską armią.

- W dzień św. Medarda, czyli 8 czerwca, pod Bramą Młyńską znaleziono sczerniałe ciało człowieka zmarłego na dżumę. Wkrótce potem zaczęto odnotowywać w księgach kościelnych kolejne zgony - opowiada Marcin Barnowski, dziennikarz i historyk pasjonujący się historią Słupska i Ustki.

Liczba umierających była tak duża, że cmentarze znajdujące się przy miejskich kościołach nie były w stanie pomieścić wszystkich ciał. - Szacuje się, że tylko pod posadzką kościoła Mariackiego i na przykościelnym cmentarzu pochowano ponad 300 osób. Podobnie było na cmentarzu przy poklasztornym kościele św. Mikołaja (dzisiejszy gmach Biblioteki Publicznej). Konieczne było wyznaczenie terenu na nowy cmentarz - po raz pierwszy za murami miasta - tłumaczy. Dzisiaj przez tę nekropolię biegnie ulica Kilińskiego. - Możliwe, że część z odnajdywanych podczas prowadzonych na tej ulicy prac kości to szczątki ofiar tamtej epidemii - dodaje dziennikarz. Do 23 lutego 1631 r., gdy ogłoszono jej koniec, pochłonąć miała prawie 1000 ofiar.

Kwarantanna

Odmieniana dzisiaj przez wszystkie przypadki kwarantanna to żadna nowość. W 1709 r. na kilka miesięcy odcięci od świata zostali mieszkańcy wsi Wodnica.

- Zarazę podobno przywlókł do wsi marynarz - zbieg ze statku, który zacumował w Ustce. Kiedy zachorowania ustały, polecono przeprowadzić kosztowną zapewne, ale potrzebna procedurę. Wszyscy, którzy przeżyli, musieli poddać się kąpieli w occie, zaś domy zostały pobielone wapnem z octem. Ubrania i łóżka chorych zostały spalone - opowiada historyk.

Graniczne kontrole to też nienowy wynalazek. Idąca od Wschodu fala epidemii w 1770 r. skłoniła króla pruskiego Fryderyka II do rozstawienia kordonu sanitarnego wzdłuż granicy z Polską.

- Żeby go przejść, trzeba było mieć specjalny kwit poświadczający, że jesteśmy zdrowi lub poddać się czterotygodniowej kwarantannie. Sankcje były niezwykle surowe. Zarówno tym, którzy przekraczali nielegalnie kordon, jak i tym, którzy przyjmowali u siebie takich gości bez atestu zdrowotnego, groziła śmierć - opowiada M. Barnowski.

Morowe epizody nad Słupią   Marcin Barnowski, tym razem podczas wirtualnego Historycznego Czwartku z Galerii Sztuki Współczesnej w Ustce. Karolina Pawłowska /Foto Gość

Lekarz bohater

Jeszcze do połowy ubiegłego stulecia do najczęstszych chorób zakaźnych należał dur brzuszny. Jego skutki, zwłaszcza dla najmłodszych, były tragiczne. W szkole w Objeździe w 1884 r. pochłonął niemal 30 proc. uczniów. Podobnie było w Duninowie.

Zaś w pierwszych powojennych miesiącach Słupsk był świadkiem epidemii tyfusu, która o mały włos nie zdziesiątkowała ludności miasta i okolic. Epidemia wybuchła najprawdopodobniej w jednym z obozów filtracyjnych pod koniec marca. Większość dotkniętych chorobą stanowili Niemcy, ale nie ominęła i przybyłych na tzw. Ziemie Odzyskane Polaków, jak i radzieckich wyzwolicieli.

- Żniwo choroby było ogromne. Z 2402 osób dostarczonych do doraźnych szpitali umarły 892. Każdego ranka ciała były wywożone na cmentarz i chowane w masowym grobie znajdującym się w rejonie kaplicy - mówi M. Barnowski.

Epidemia połączyła trzy zwaśnione narody. Lekarze walczyli z nią wspólnie. - Nie sposób nie wspomnieć tu o doktorze Fritzu Brandtcie, który zgłosił się do radzieckiej komendantury wojskowej z ofertą pomocy w walce z epidemią. To on organizował doraźne szpitale, podejmował decyzje mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się choroby. To podobno jemu słupszczanie zawdzięczają pojawienie się w mieście szczepionki, która uratowała im życie - przypomina.

Bohaterski lekarz był wśród 13 ofiar epidemii z personelu medycznego. Zmarł 18 czerwca 1945 roku. - Jego grób na słupskim cmentarzu wciąż jest pielęgnowany i zadbany. Bo, niezależnie od narodowości, tego typu postawy nie sposób nie docenić - dodaje historyk.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama