Nowy numer 32/2020 Archiwum

Bez Boga żadna myśl nie jest dobra

W kościele pw. Matki Bożej Uzdrowienia Chorych w Dźwirzynie prezbiterzy i wierni pożegnali ks. Ireneusza Żejmę. Z powodu ograniczeń sanitarnych wielu przyjaciół, bliskich i parafian mogło to uczynić jednie duchowo.

Razem z bp. Krzysztofem Włodarczykiem zebrali się wokół trumny w nadmorskim kościele, w którym ks. Ireneusz rezydował od kilku lat, ratując podupadające zdrowie u boku opiekującego się nim brata – dźwirzyńskiego proboszcza. – W moim życiu dana była mi niezwykła łaska podwójnego braterstwa – krwi i sakramentalnego, niezatartego znaku odciśniętego w duszy. I chyba to pozwoliło mi lepiej pojąć kapłaństwo jako braterstwo – mówił ks. Marek Żejmo, żegnając młodszego brata.

– My dziś trochę odchodzimy od braterskiej więzi w kapłaństwie, zastępując ją nieraz tandetnymi erzacami: znajomościami, swojactwem, elitarnością, solidarnością zawodową i najgorszym – strategią bycia księdzem. Jeżeli ktoś szuka przyczyn kryzysów wspólnotowych – w rodzinie, małżeństwie czy w kapłaństwie – to u podstaw leży zamiana ludzkich relacji i odniesień na strategie. Strategia może zabić – mówił. Ksiądz Ireneusz od lat zmagał się nie tyko z dolegliwościami. – Stał się ofiarą strategii. Polegała ona na tym, że ktoś podłączył mu odwrotnie kroplówkę. Zwykle kroplówka wzmacnia pacjenta. Ta działała odwrotnie – odsysała życie. Kropla po kropli, dzień po dniu, przez ponad 10 lat. W poniedziałek o 9.35 odessała resztkę życia. Na szczęście w tym momencie włączyła się pompa wtłaczająca w martwotę ciała życie wieczne – mówił ks. Marek.

Szacunek dla cierpiących

Ksiądz Ireneusz urodził się 17 listopada 1956 roku. Po maturze poszedł w ślady starszego o dwa lata brata – wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Gościkowie-Paradyżu. Święcenia prezbiteratu przyjął z rąk bp. Ignacego Jeża w kościele pw. Narodzenia NMP w Szczecinku. Pracował w Słupsku, Starym Chwalimie, Dębnicy Kaszubskiej, Jastrowiu, Kaliszu Pomorskim i Barwicach. Przez 9 lat proboszczował w nowo powstałej parafii pw. Świętej Trójcy w Mierzynie, a kolejne 11 – w parafii pw. Wniebowstąpienia Pańskiego w Dygowie.

Po kilkuletnim urlopie przez dwa lata służył pomocą chorym w Regionalnym Szpitalu w Kołobrzegu. To była dla niego ważna posługa. „Szacunek dla cierpiących towarzyszy mi od początku mojej pracy kapłańskiej, kiedy byłem kapelanem szpitala w Słupsku. Tam dostrzegłem wielką potrzebę dotarcia do tych najbardziej chyba potrzebujących. Człowiek ma w sobie taką tendencję, żeby czasem trochę się nad sobą poużalać. Dopiero w konfrontacji z prawdziwym bólem, starością i samotnością można się przekonać, co to są rzeczywiste problemy” – mówił wiele lat wcześniej w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”, opowiadając o swojej pracy duszpasterskiej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama