Nowy numer 44/2020 Archiwum

Historia wcale nie tak dawna

Duszpasterski epizod ks. Jana Ziei nad Słupią wciąż ma wiele do przekazania. Czy już w 1945 roku kapłan mówił o naszej wojnie polsko-polskiej? Czy był pro-life? Jakie miał zdanie na temat Facebooka czy telefonu komórkowego?

Na ekrany kin 28 sierpnia wszedł film „Zieja” w reżyserii Roberta Glińskiego. W tytułową rolę charyzmatycznego duszpasterza wcielili się Mateusz Więcławek i Andrzej Seweryn. Oprócz nich w produkcji wzięli udział m.in.: Zbigniew Zamachowski, Sławomir Orzechowski, Piotr Machalica czy Dariusz Kowalski. Już sama obsada mówi wiele o scenariuszu, który przekonał do siebie tak znakomitych aktorów. Nic w tym dziwnego.

Życiorys ks. Jana Ziei mógłby posłużyć jako scenariusz do niejednego porywającego filmu. Ocenę dzieła Roberta Glińskiego najlepiej wyrobić sobie przed ekranem, jednak już teraz warto zapytać, skąd wzięło się zainteresowanie zmarłym niemal 30 lat temu duchownym, w czasach, gdy duchowieństwo trafia na ekrany raczej w innych kontekstach? Jako odpowiedź niech wystarczy kilka najważniejszych faktów z jego życia. Ksiądz Jan Zieja brał udział jako kapelan w wojnie polsko-bolszewickiej w latach 1919−1920 oraz w kampanii wrześniowej w roku 1939. Posługiwał jako kapelan Kwatery Głównej AK i Batalionów Chłopskich, a także został naczelnym kapelanem Szarych Szeregów. Jako członek „Żegoty” pomagał prześladowanym Żydom. Brał udział w powstaniu warszawskim.

Był jednym z założycieli Komitetu Obrony Robotników. Zajmował się także tłumaczeniem książek oraz sam był autorem wielu publikacji. Uważany był za doskonałego, niejednokrotnie kontrowersyjnego kaznodzieję. Na przykład we wrześniu 1953 roku, po internowaniu prymasa Wyszyńskiego, skrytykował postawę episkopatu wobec tego faktu. W jego bogatym życiorysie znalazł się także czteroletni (1945−1949) epizod na ziemi słupskiej – w samym Słupsku oraz w Wytownie. Gdy ks. Zieja przybył nad Słupię w maju 1945 roku, był pierwszym i jedynym kapłanem katolickim w powojennym Słupsku. W zrujnowanym mieście rozpoczął pracę duszpasterską. Choć były to zupełnie inne czasy, pewne tropy jego działalności wydają się jakby znajome.

Nieprzyjaciel

Kazanie, które ks. Zieja wygłosił 12 sierpnia 1945 roku w kościele św. Ottona, musiało odbić się szerokim echem. Można wyobrazić sobie stojących przed amboną ludzi, przybyłych na obce sobie ziemie, którym wciąż śnią się jeszcze wojenne koszmary. Przychodzą na Mszę św. w poszukiwaniu pokrzepienia i dobrego słowa. Dobre słowo otrzymują. Ks. Jan Zieja mówi: „Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że naród niemiecki splamił się strasznymi zbrodniami. Mamy prawo do zdobycia tego mienia, które było w posiadaniu Niemców”. Z tym zebranym łatwo się zgodzić. Ksiądz kontynuuje: „Naród ma dać zadośćuczynienie. Mamy prawo od niego tego żądać, ale nam nie wolno w tej sprawie przekroczyć granicy. A tą granicą jest fakt, że Niemiec jest człowiekiem. I nie wolno nikomu – czy prostemu cywilowi, czy urzędnikowi – godności ludzkiej w tym Niemcu poniewierać”. W niejednym sercu pewnie pojawia się bunt. Ksiądz Zieja idzie dalej.

Mówi: „Widziałem Niemców, którzy zawinili ciężko i muszą się tułać. I nieraz widać, jak ktoś z przechodniów trąca ich brutalnie, wypycha z wagonu, »precz stąd« – krzyczy. Drugi fakt: tułacze ci potracili rodziny, na tablicy na dziedzińcu kościelnym umieszczają karteczki, szukając się nawzajem, a ktoś stąd przyszedł i je pozdzierał. Potępiam takie rzeczy!”. Tego już za wiele. Ksiądz Zieja podaje kolejny przykład: „Doniesiono mi, że przed zbór ewangelicki, gdy się ludzie zebrali na nabożeństwo, przyjechały ciężarówki i ludzie siłą zabrani zostali na roboty. Wiemy, że Niemcy urządzali łapanki, że z kościołów wyciągali na roboty. Oni tak robili, ale nam tego robić nie wolno. Odpowiedzą przed Bogiem i naszymi sądami, ale nie daj Boże, abyśmy mieli ich naśladować!” – grzmi kaznodzieja.

Duszpasterz nie uznaje tłumaczenia w rodzaju: „Bo oni…”. Widzi zagrożenie przemiany ofiary w kata czy pułapkę usprawiedliwiania własnego zła złem innych i bezkompromisowo o nich mówi. Trudno tamten kontekst porównywać z dzisiejszym, ale być może pewne mechanizmy uruchamiają się w nas niezależnie od kontekstu i duszpasterz z innej epoki ma jednak wciąż coś do powiedzenia?

Życie

Sytuacja demograficzna powojennej Polski była katastrofalna. Na szczęście ludzie, mimo wszechobecnej śmierci, pragnęli żyć i pragnęli nowego życia, co szybko zaowocowało tzw. baby boomem. Jednak także i wtedy nie każde życie było mile widziane, bo nieraz trudne do przyjęcia. Wiele kobiet znajdowało się w dramatycznej sytuacji. Przybywały do Słupska bezpośrednio z niemieckich obozów pracy przymusowej. Na wojnie potraciły mężów, zostając same, często z małymi dziećmi, nieraz jeszcze w drodze. Wiele z nich nosiło w sobie życie poczęte w wyniku gwałtu, np. ze strony żołnierzy radzieckich. Ks. Jan Zieja już we wrześniu 1945 roku zakłada więc Dom Matki i Dziecka.

Sporządza notatkę, w której pisze: „Całe dzieło jest i ma być aktem wiary w świętość ludzkiego życia i świętość macierzyństwa”. Wyznacza cel działania placówki: „Nie dopuścić do zbrodni popełnionych nad poczętym życiem ludzkim i pomóc kobietom kuszonym do zbrodni przez danie im możliwości wyjścia z krytycznej sytuacji. Nie odmawiać pomocy żadnej matce. Wychowanie dziecka przez matkę jest najkorzystniejsze dla jego rozwoju”. Z pewnością idea DMiD byłaby także i dzisiaj uznana za przejaw realizacji nowoczesnych postulatów pro-life, których celem jest nie tylko walka o ochronę życia przed urodzeniem, lecz także i po nim.

Wolność

20 sierpnia 1945 roku słupszczanie znów słyszą wymagające kazanie ks. Ziei. Kaznodzieja wspomina o sześciu niedawnych przypadkach śmierci nowych mieszkańców. „Jeden wypadek to choroba jeszcze z wojny, a tych pozostałych pięć, to było zmarnowane życie ludzkie przez nadużywanie alkoholu. Ja nie mogę, drodzy bracia, o tym milczeć” – mówi duszpasterz. Szczególnie przykry wydźwięk tych faktów ks. Zieja ujmuje w słowach: „Po pięciu latach wojny, bez gestapo, bez obozów, pięciu ludzi straciło w Słupsku życie. Nie mogę o tym milczeć. Byłbym złym pasterzem”. Zachowany tekst kazania nie oddaje emocji w momencie jego głoszenia, ale paradoksalność sytuacji jest widoczna. Ocalali z pożogi wojennej ludzie ginęli teraz, wolni, na własne życzenie. Dlatego słupski proboszcz przez całe swoje życie był promotorem idei trzeźwości.

Doskonale rozumiał, że nie tylko obozowe druty kolczaste potrafią odebrać człowiekowi wolność. Starał się przekazać dopiero co wyzwolonym ludziom prawdę o tym, że łatwo mogą popaść w kolejną niewolę, może nawet gorszą, bo niepozorną. Być może i dzisiaj tamten kapłan widziałby paradoks sytuacji współczesnego wolnego człowieka, który z jednej strony z łatwością w kilkanaście godzin potrafi przemierzyć tysiące kilometrów z jednego krańca świata na drugi, a jednocześnie z wielką trudnością przychodzi mu oddalić się choćby na kilka metrów od takiego czy innego ekranu. Cztery słupskie lata ks. Jana Ziei obfitowały w wiele wydarzeń, inicjatyw, pomysłów. Warto wymienić choćby powołanie Uniwersytetu Ludowego czy zainspirowanie idei istniejącego do dzisiaj w Słupsku, pierwszego w Polsce pomnika powstańców warszawskich. Istnieje wiele publikacji na temat słupskiej działalności charyzmatycznego duszpasterza, szczególnie autorstwa Zdzisława Machury, do których warto sięgnąć oprócz powstałego właśnie filmu, który akurat o słupskim epizodzie mówi niewiele.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama