Nowy numer 42/2020 Archiwum

Zakochałem się w orzechu

W swoją pięćdziesiątkę rzucił pracę w korporacji i zajął się stolarką. W drewnie widzi coś więcej niż surowiec – widzi piękno stworzonej przez Boga natury.

Po dwóch latach rozkręcania małego biznesu we własnym garażu Marek Rutkowski z podkoszalińskiego Konikowa przyznaje: to był skok na głęboką wodę. Za nim 23 lata ciekawej pracy przedstawiciela handlowego w silnej międzynarodowej firmie, świetne zarobki, dobry socjal, służbowy samochód. Ale stwierdził: dość. Dlaczego? Jego odpowiedź ma dwie wersje – romantyczną i praktyczną. – Romantyczna to ta, że chciałem coś zmienić w życiu, zrealizować marzenia. Praktyczna to zmęczenie pracą w korporacji i potrzeba niezależności – mówi właściciel firmy produkującej drewnianą galanterię: skrzynki ozdobne, drabiny na kwiaty, książki lub owoce, deski do serwowania wędlin i serów, miseczki, zegary, lampki, stołki, konsole.

Nie jest to asortyment pierwszej potrzeby; to ekskluzywna galanteria, którą trzeba najpierw oczarować klienta, toteż cała rodzina angażuje się w część handlową przedsięwzięcia. – Czuję, że to jest to, co powinienem robić – mówi świeżo upieczony stolarz.

Byłeś jedyny

– Praca w korporacji wymaga dostosowania się do sztywnych reguł, a wiele z nich w ostatnich latach przestało mi odpowiadać – przyznaje pan Marek, były rzeczoznawca sprzętu budowlanego. Docenia to, że dzięki niej wybudował dom, zapewnił start życiowy trójce dzieci, zwiedził Europę. Jednak nie chciał poddawać się dyktatowi handlowej wydajności i regułom niebiorącym pod uwagę takich spraw jak relacje międzyludzkie. – Kontakt z ludźmi był największym plusem tamtej pracy. Znajomi zazdrościli mi, kiedy o niej opowiadałem – mówi M. Rutkowski. Szczególnie dobre, wręcz przyjacielskie stosunki zbudował w ciągu tego niemal ćwierćwiecza z przedsiębiorcami z Czaplinka.

– Miałem tzw. topowego klienta, którego firma robiła u mnie duże zakupy. I nagle wpadła w kłopoty, zakupy się skończyły. Ale ja nie przestałem go odwiedzać. Przyjeżdżałem nadal, wchodziłem, robiłem sobie u nich kawę, rozmawiałem z pracownikami. Gdy po długim czasie ten szef znów mógł złożyć u mnie zamówienie, powiedział z wdzięcznością: „Marek, byłeś jedyny, który przy nas pozostał w trudnym czasie” – wspomina były rzeczoznawca. – To były tego typu znajomości – więcej niż służbowe. Do dziś się zdarza, że dawny klient pomaga mu w jakiejś sprawie albo po prostu wpada na kawę do niego do domu, bo akurat przejeżdża przez Konikowo. Toteż pana Marka zabolało, gdy właśnie tych klientów stracił jedną decyzją kogoś „na górze”. – To było bardzo przykre, dokonało się bez żadnej konsultacji ze mną i nawet bez poinformowania mnie o zmianie.

Dyktat z daleka

Jak zauważa, jest masa firm, w których reguły są dyktowane z daleka, także z zagranicy, nierzadko bez odpowiedniego wglądu w to, co się dzieje w terenie. Mimo to wystrzega się czarno-białej oceny systemu korporacyjnego. – To duże firmy i mają swoje zalety. Ale jest też dyktat: gdzie sprzedawać, komu sprzedawać, a komu nie, co preferować. Miałem tego dość – przyznaje. Zwolnił się. Bezrobotnym stał się dokładnie w swoje 50. urodziny.

– Nie planowałem tego w ten sposób, ale potem zauważyłem wiele podobnych zbiegów okoliczności, np. że 13 listopada zacząłem pracować w korporacji, a po 23 latach dokładnie tego samego dnia założyłem swoją firmę. Ja w takich rzeczach, których nawet do końca nie rozumiem, widzę prowadzenie Pana Boga – wyznaje. Pomysł na własną stolarnię ewoluował dość długo z pomysłu na wspólną działalność małżonków Rutkowskich. Zaczęło się od pasji krawieckiej pani Ewy, spod której ręki wychodziły unikatowe dekoracje – poduszki, aplikowane tkaniny, ozdoby do salonu. Żeby je atrakcyjnie zaprezentować na Facebooku, pani Ewa poprosiła któregoś dnia męża o wykonanie gustownej skrzynki. – I właśnie ta skrzyneczka „chwyciła”, spodobała się innym. Chcieli mieć takie u siebie: solidne, z dobrego drewna, starannie wykończone. Wtedy zaczęła się moja przygoda z drewnem – wspomina stolarz z Konikowa.

Ciasna, ale własna

W garażu, bo tu się mieści jego stolarnia, znajduje się sporo maszyn. Patronuje jej św. Józef. – Jest mi bliski przez jego rzemiosło. Czuję jego opiekę – wyznaje właściciel pracowni. Wśród maszyn stolarskich – grubościówki, strugarki, pił – króluje skomputeryzowana frezarka CNC, dzięki której w drewnie można wyciąć np. logo firmy czy dowolny tekst. Dumą stolarni jest też mała suszarnia do drewna, w której surowiec najpierw trafia do sauny. Sporo miejsca zajmują deski, jest tu więc dość ciasno.

– Pewnego razu kolega zobaczył, jak lawiruję między maszynami. Uśmiechnął się i powiedział o mnie „stolarz akrobata”. Rozumiem ten przydomek trochę głębiej. Bo kiedy patrzę na swoją historię, to myślę: wariat jestem. Moje życie teraz to taka akrobatyka pięćdziesięciolatka, który zechciał zostać stolarzem – uśmiecha się pan Marek. Ze względu na szacunek do rzemieślników miano „stolarz” wypowiada z pokorą. O pracy w drewnie uczył się nie od mistrza zawodu, lecz jako samouk – z fachowych, głównie dawnych książek oraz z filmików pasjonatów na kanale YouTube. Dziś rozumie, dlaczego pierwsza skrzyneczka się rozpadała, więc niestrudzenie się doskonali. A jednak wciąż ma wątpliwości, czy już potrafi zalać żywicą stół z grubego plastra topoli włoskiej. Może niech jeszcze poczeka… – Mając ponad 50 lat, zdecydowałem, że chcę się rozwijać: siebie jako osobę, swoją firmę, technikę stolarską. Już dwa lata towarzyszy mi słowo „rozwój”, które mocno mnie zainspirowało jako postanowienie noworoczne w 2019 roku – wspomina pan Marek. – Wciąż jednak mam dużo pokory do tego zawodu.

Wącham deski

Najbardziej lubi spotkania na jarmarkach – w Koszalinie, Szczecinie, Niemczech – bo wtedy widzi, jak ludzie reagują na jego rękodzieło. Żałuje, że pandemia uniemożliwiła w tym roku organizację większości. – Ludzie nawet niekoniecznie coś kupują, ale podchodzą, ponieważ chcą dotykać pięknie obrobionego drewna, to jest wręcz terapeutyczne. Doskonale to rozumiem, bo sam lubię przeciągnąć dłonią po gładkiej, dobrze zakonserwowanej desce – mówi konikowianin.

No i zapach. Drewno pachnie. Pan Marek mógłby z zasłoniętymi oczami zgadywać, jakie właśnie obrabia. – Kiedy nie mam pewności co do gatunku, wtedy je wącham – wyjaśnia, choć nie starcza mu słów, by te zapachy opisać. – Śliwka, jabłoń są słodkie. Orzech? Nie wiem, ale nie, nie jest cierpki. Raczej może… zamszowy? W drewnie nie lubi tylko jednego – drzazg. Ale w tej pracy to nieuniknione.

Pies czy E.T.?

Żartuje, że gdyby wliczyć czas, jaki poświęca na oglądanie każdej deski, to jego produkty powinny być jeszcze droższe. – Czasem wystarczy jeden rzut oka i wiem: to będzie zegar. Ale bywa, że któraś leży całe tygodnie i czeka na swoją chwilę – opowiada. Pierwszym drewnem ozdobnym, które skradło jego serce, było cyprysowe: wyjątkowo przyjemne w obróbce, o cytrusowym aromacie roznoszącym się po pracowni, a potem długo towarzyszącym użytkownikom (jak pewnym nowożeńcom, którzy zamówili skrzynkę na koperty ślubne).

– Jest leciutkie, lubię je ciąć, szlifować, czuć ten zapach – mówi stolarz. Bardzo cieszył się, kiedy udało mu się zdobyć orzecha, który trafił do niego wprost z czyjegoś ogrodu. – Miał pójść na opał. Kiedy obrabiałem te deski, zakochałem się w orzechu. Jest tak dekoracyjny! Wybarwia się od brązu do czerni. Najchętniej właśnie w nim pracuję i klienci też go chętnie wybierają – zauważa pan Marek. Cieszy go, że ma pracę, w której każdego dnia może podziwiać piękno stworzenia, jakie wyszło spod Bożej dłoni.

– Motto mojej firmy to słowa: „Natura jest najciekawsza”. A stworzył ją Pan Bóg. Jestem człowiekiem wierzącym, więc wiem, skąd to wszystko się wzięło: od Niego. Boży zamysł jest po prostu piękny. Marek Rutkowski dostrzega urok nawet w tym, co z pozoru wydaje się wadą: w sęku, wrastającej korze. – Ktoś widzi skazę, ja interesujący rysunek. Pasjonatom to się zdarza – ktoś na przetartej desce dostrzega psa, inny filmowego E.T. Nawet jeśli to jest czasem naciągane, to jednak pokazuje, jak ciekawie Pan Bóg wszystko stworzył. A potem dał nam.

Chcę „Tadka”

W rozwoju firmy bierze udział cała rodzina. Żona Ewa aranżuje scenografię do sesji zdjęciowej produktów, córka Dominika usprawnia reklamę w internecie, syn Łukasz dzieli się wiedzą o sprzedaży, którą zdobył, prowadząc własny e-sklep, córka Agnieszka poszerzała rynek zbytu o branżę turystyczną. Dalsza rodzina i znajomi dopingują, robiąc u niego zakupy. Największą fanką asortymentu jest jego mama. Najbliżsi wciąż podsuwają panu Markowi pomysły, niektóre całkiem niestandardowe.

– Wspólnie z Dominiką wpadliśmy na pomysł, żeby mebelkom… nadać imiona. Jest więc stołeczek „Antek” i trochę wyższy „Tadek”, jest konsola „Matylda”. Klientom to się spodobało, mówią: „To ja poproszę »Tadka«” – śmieje się stolarz. Jak dodaje, o imiona proszą się też niektóre deski – tak było np. z „Mamutem”. – To tworzy fajną relację z kawałkiem drewna przerobionym np. na stołek. Rozumiem to, bo podobny stołek jest moim miłym wspomnieniem z dzieciństwa spędzanego u babci.

Będzie dobrze

Czasem kolega M. Rutkowskiego z dawnej branży zapyta, czy lepiej mu teraz niż w poprzedniej firmie. – Mówię: lepiej. „Zarabiasz lepiej?”. Nie, nie zarabiam lepiej. Finansowy sukces to nie jest, ale nie taki był plan. Zyskałem coś innego: spokój, frajdę – zapewnia stolarz z Konikowa. – Patrząc jednak na rozwój firmy, wierzę też w sukces finansowy.

– Widzę Boże prowadzenie, także w sytuacjach trudnych. Bywało tak, że zbliżał się dzień robienia opłat, a ja nie miałem pieniędzy. Ale termin był za dwa dni, więc byłem spokojny. Córka mówiła: „Tata, ja bym tak nie mogła”. A ja na to: „Będzie dobrze”. I wtedy przychodziło zamówienie. I było na opłaty – mówi. Niedawno przeczytał na Twitterze wpis 50-latka, który nie widzi już sensu swojego życia. – Wysłałem mu informację z linkami do mojej firmy: ja zrobiłem to w swoją pięćdziesiątkę. Mam nadzieję, że tego człowieka to jakoś podniosło. Nie wiem, ile jeszcze pożyję, ale to, co przede mną, chcę przeżyć tak, jak powinienem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama