Nowy numer 23/2021 Archiwum

Historia... nakłuta

Szczęk oręża, kuszący zapach wędzonej flądry i sól, którą stał nadmorski gród. Tego i wielu jeszcze innych atrakcji można doświadczyć podczas trwającego II Festiwalu Wczesnośredniowiecznego w Budzistowie.

To tu był Kołobrzeg z roku tysięcznego, Kołobrzeg biskupa Reinberna, centrum religijne i administracyjne dużej części Pomorza. – Miejsce ważne nie tylko dla tego regionu, ale i całego kraju. Dla historyków – niemal święte. Tutaj 1000 lat temu tętniło życie, tworząc podwaliny historii Pomorza i Polski. To, co jest dzisiaj fundamentem naszej tożsamości narodowej. I o tym chcemy przypominać podczas festiwalu wczesnośredniowiecznego – tłumaczy Łukasz Gładysiak z Muzeum Oręża Polskiego.

Smacznie jak w średniowieczu

Z powodu pandemii zaplanowany na czerwiec termin drugiej edycji imprezy został przesunięty. Mimo to z zaproszenia skorzystali rekonstruktorzy z całej Polski. Festiwalowy program obfitował w atrakcje: stoiska prezentujące rzemiosło z epoki, pokazy historyczne, a nawet pomorska kuchnia, która po stuleciach smakuje nie gorzej niż w średniowieczu.

– Kuchnia pradziejowa, opierająca się na palenisku i garnkach ceramicznych. A w nich kasza gryczana i soczewica, czyli potrawy wysokoenergetyczne. Do tego przystawka z kapusty i wędzone flądry – reklamuje Jacek Tesławski z rodzinnej grupy odtwórców historycznych Osada Krajeńska. – Zajmowaliśmy się wieloma rzemiosłami związanymi z X w., w tym wytwarzaniem naczyń drewnianych. A jak już były naczynia, trafiliśmy do kuchni – opowiada.

Nawet tak prozaiczne sprawy jak jedzenie wymagają zgłębiania wiedzy o przeszłości. – Podstawą dla nas są badania archeologiczne. Stąd bierzemy wiedzę merytoryczną, co jedzono. Odwiedzamy muzea, rozmawiamy ze specjalistami, czytamy publikacje – tłumaczy rekonstruktor.

Skoro kuchnia, to i garnki. A te lepił w Budzistowie Michał Sadowski. – Kiedy zabierałem się za wczesnośredniowieczne garncarstwo, myślałem, że to będzie zupełnie nieskomplikowana sprawa. Zacząłem się przyglądać tematowi bliżej i okazało się, że używano wówczas bardzo dużej domieszki tłuczonego granitu. Tamta masa ceramiczna jest trwalsza, ale nie da się toczyć, mogłaby pokaleczyć ręce. Na szczęście metoda lepienia zachowała się na Litwie i Białorusi, i tam można było podejrzeć jej tajniki – opowiada garncarz z Pruszcza Gdańskiego.

W namiocie tuż obok z brzozowego klocka powstają łyżki. Tu też można się dowiedzieć, jak precyzyjnym narzędziem jest siekiera. Zwłaszcza kiedy trafia w ręce specjalisty. – Dłubiemy tak długo, aż uzyskamy odpowiedni kształt. Potem bierzemy hebel albo po prostu nóż – najlepsze narzędzie, które wówczas każdy przy sobie miał. I już możemy się zabierać za jedzenie – tłumaczy Marek Piłaszewicz, któremu wyczarowanie drewnianej łyżki razem z wykonaniem ozdobnego ornamentu zabiera – bagatela! – 3 godziny. Gotowe nie różnią się niczym od tych XI-wiecznych, znalezionych przez archeologów w podrawskiej wsi Żółte.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama