Nowy numer 47/2020 Archiwum

Ciasto trzeba dobrze ugnieść

O życiu zakonnym w zgromadzeniu obrządku wschodniego opowiada s. Anatolia Magura ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic NMP w Koszalinie.

Ks. Wojciech Parfianowicz: Pewnie nie wszyscy mieszkańcy Koszalina zdają sobie sprawę z tego, że w ich mieście żyją siostry obrządku wschodniego, a dokładnie bizantyjsko-ukraińskiego.

S. Anatolia Magura: Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnimy. Dopiero gdy wchodzimy do kościoła i robimy inaczej znak krzyża, wtedy ktoś może się zorientować.

Wchodzicie do kościoła, nie tylko do cerkwi greckokatolickiej. Nasze wspólnoty pozostają bowiem w jedności.

Tak, zresztą przez wiele lat pracowałyśmy w parafii św. Wojciecha, gdzie katechizowałyśmy dzieci obrządku łacińskiego.

Jak wygląda wasze życie w ceglanym domu przy ul. Zwycięstwa?

Pewnie podobnie jak w każdym innym domu zakonnym.

Tylko nazewnictwo jest jakby trochę inne.

Owszem. Rano na przykład mamy czasosłow, czyli brewiarz. Pierwsza modlitwa to utrenia, czyli jutrznia. Odmawiamy też wspólnie Anioł Pański oraz weczirnię, czyli nieszpory. Przez cały dzień mamy sporo zajęć. Jeździmy do szkół, punktów nauczania, cerkwi. Mamy ogródek. Pracujemy w domu, gdzie wszystko trzeba zrobić: ugotować, posprzątać, wyprać. Odwiedzamy chorych i samotnych w domach. Organizujemy różne spotkania przy naszej parafii, na przykład dla migrantów z Ukrainy.

Jednak w Waszym domu dzieje się coś wyjątkowego, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę. Nie chodzi o kaplicę, ale o kuchnię.

Wypiekamy prosforki, czyli hostie, których używa się w czasie Mszy św. U nas wyglądają one trochę inaczej niż w Kościele łacińskim, ale tak samo wypiekane są z czystej pszennej mąki.

To swoiste „przygotowanie darów” odbywa się tak po prostu w tej kuchni, gdzie gotuje się także obiad?

Nie do końca „tak po prostu”. To niezwykłe zadanie, rytuał, do którego podchodzimy w odpowiedni sposób, ubrane na biało. Owszem, piec jest ten sam, ale wszystkie inne narzędzia są używane tylko i wyłącznie do pieczenia prosforek: stolnica, ściereczki, nożyki. Najpierw przez godzinę ciasto się ugniata, potem kolejną godzinę ono rośnie i godzinę się piecze. Ugniata się je tak długo, żeby było zwarte, nie pulchne. Po wyjęciu z pieca ciasto przez dwa dni musi odstać. Dopiero wtedy się je kroi specjalnymi przyrządami liturgicznymi.

Dużo takich prosforek potrzeba, aby wystarczyło w Waszej cerkwi?

Przed pandemią trzeba było je piec bardzo często. Teraz wystarczy raz na miesiąc.

Nawet to pokazuje, jakie spustoszenie także na polu wiary wywołał koronawirus. Oby ten piec całkiem nie wygasł.

Tak, to bardzo smutne, ale nie tracimy nadziei.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama