Nowy numer 24/2021 Archiwum

Patroni pierwszej pomocy

Świętych obcowanie to nie tylko pobożna formułka z pacierza, ale rzeczywistość serc otwartych na Boże działanie. Jeśli wierzysz, korzystaj i daj sobie pomóc.

Tylko w Bogu jest źródło życia i od Niego otrzymujemy każdą łaskę. To do Niego się modlimy i od Niego oczekujemy ratunku. Ale wierzymy też, że nasi bracia i siostry, którzy są zbawieni, chętnie przychodzą nam z pomocą, modląc się razem z nami. W przeróżnych sprawach.

Urszula czuwająca

Karolina Szarłata-Woźniak nie potrzebuje długo szukać w pamięci. – Dwie historie, które wydarzyły się w tym roku, nie pozostawiają wątpliwości, że mamy przyjaciół w niebie – mówi kołobrzeska katechetka. Świętą Urszulę Ledóchowską wybrała na patronkę swoich studiów. – Nieraz prosiłam o wsparcie przy trudnych egzaminach, zawierzałam jej sprawy rodzinne, domowe. Jak przyjaciółce. I czułam jej pomoc – przyznaje. Jak tego dnia, gdy dowiedziała się o wypadku syna. – Samochód potrącił go, gdy wracał rowerem do domu. Uderzenie nie było bardzo silne, jednak na tyle duże, że wyrzuciło go razem z rowerem na środek ruchliwej ulicy. Nadjeżdżający samochód zatrzymał się tuż przed nim, na rowerowym kole. Dla pewności pojechaliśmy do Koszalina na prześwietlenie. Okazało się, że nic, zupełnie nic mu się nie stało. Kiedy wracaliśmy do domu, Jacek zapytał: „mamo, a ty nie miałaś być dzisiaj w Koszalinie?”. Odpowiedziałam, że tak, bo to był ostatni dzień nowenny za wstawiennictwem św. Urszuli. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że do wypadku doszło w tym czasie, gdy w kościele Ducha Świętego trwała modlitwa za jej wstawiennictwem – opowiada Karolina.

Święty Jacek na zakrętach

O swojej opiece dał znać tego lata i św. Jacek, patronujący jej mężowi i synowi. − Wyjechaliśmy spóźnieni. Na zakrętach Szwajcarii Połczyńskiej mąż stracił panowanie nad kierownicą. Pamiętam, jak skosiliśmy znak, staczaliśmy się po skarpie i widziałam przed nami drzewo – wspomina. Do dziś nie wiedzą, jak to się stało, że uderzyli w nie bokiem. I że z samochodu do kasacji wszyscy wyszli bez szwanku. – To było 17 sierpnia, we wspomnienie św. Jacka Odrowąża. Tak było w naszym życiu, że i ja, i mąż obchodziliśmy imieniny tak, jak to wyznaczał kalendarz, a nie zgodnie ze wspomnieniem liturgicznym naszych patronów. Tego dnia dziwiliśmy się nawet, że Jacek odbiera SMS-owe życzenia z zapewnieniem o modlitwie o wstawiennictwo świętego patrona. Teraz już wiemy, jak wielką moc ma modlitwa przyjaciół na ziemi i opieka przyjaciół w niebie − przyznaje kobieta. Dwa dni po wypadku, kiedy próbowali przypomnieć sobie, co się wydarzyło, Jacek opowiadał Karolinie: „kiedy zboczyliśmy z tej drogi, skosiliśmy znak i złapałaś obiema rękami za kierownicę…”. – Ale ja nie złapałam za kierownicę. Nie mogłam. W jednej ręce trzymałam kurczowo telefon, a drugą uderzyłam w konsolę. To z pewnością nie były moje ręce – zapewnia.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama