Nowy numer 48/2020 Archiwum

Obwodnicy nie będzie

O tym, czym jest dobra śmierć, mówi ks. Krzysztof Sendecki, dyrektor darłowskiego hospicjum.

Ks. Wojciech Parfianowicz: W hospicjum pracujesz od 2011 roku. Trochę śmierci widziałeś.

Ks. Krzysztof Sendecki: Odkąd tu jestem do dziś odeszły u nas 1882 osoby. Prawie przy każdej z tych śmierci byłem obecny.

Co to znaczy „dobra śmierć”?

Zacznę od tego, że my jako ludzie nie jesteśmy w stanie uniknąć śmierci. Z momentem urodzenia dostajemy diagnozę – śmiertelność. Wiemy to, ale z czasem przyzwyczajamy się i trochę o tym zapominamy. Żyjemy, jakby śmierci nie było. I wtedy, gdy się pojawia, np. z powodu choroby, ta informacja, że umieramy, rodzi lęk.

To pewnie zupełnie normalne.

Tak, ale dobra śmierć wiąże się właśnie ze świadomością tego, że przemijamy, i akceptacją tego faktu. Nie ma obwodnicy do życia wiecznego, okrążającej śmierć.

Może buntujemy się nie z powodu samego faktu, że śmierć przychodzi, ale dlatego, że to już, tzn. zawsze nie w porę. Co, z Twojego doświadczenia, jest pomocne w zaakceptowaniu faktu i momentu śmierci?

Widzę dwie rzeczy. Ważna jest perspektywa, którą daje wiara. Bez niej człowiek dochodzi w swej świadomości do zimnej ściany kostnicy, za którą nie ma już nic. Śmierć jest jak poród. Dziecko, które opuszcza bezpieczne matczyne łono, doświadcza szoku i drze się wniebogłosy. Podobnie śmierć jest takim przejściem do innego świata, co wiąże się z szokiem. Jednak odkrycie Boga, co u nas w hospicjum zdarza się bardzo często, pokazuje, że po drugiej stronie czeka na mnie Ktoś, kto mnie kocha. Śmierć nadal pozostaje trudnym doświadczeniem, ale perspektywa zmienia się. Poza tym ważna jest świadomość pozałatwiania wszystkich ważnych spraw. Widzę tu szczególną rolę pojednania. Ludzie mówią wtedy z ulgą: „Teraz mogę odejść”. Gdy tego nie ma, agonia trwa nieraz wiele dni.

Pamiętasz takie historie?

Był u nas człowiek, który jeszcze za młodu zostawił żonę i cztery córki. Wyszedł z domu i nie wrócił. Gdy trafił do nas, mówił, że nikogo nie miał, ale okazało się, że jednak była ta rodzina. Udało nam się znaleźć tych ludzi. Jedna z córek przyjechała i w wielkim bólu wybaczyła ojcu. Sprowadziła też pozostałe siostry. Wszystkie mu wybaczyły. Na końcu przyszła też żona i ona także mu wybaczyła. Pojednali się. Ten ojciec umierał, trzymając córki za ręce, unosząc je w górę w geście zwycięstwa. Pozostał mi ten obraz.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama