Nowy numer 24/2021 Archiwum

Wierzymy, że nie milkną na zawsze

Tak mówią z nadzieją lubiechowianie, spoglądając na kościelną wieżę, z której zdemontowano trzy dzwony.

Do tej pory wzywały na niedzielną Mszę św., choć już coraz ciszej. Od pewnego czasu odzywał się tylko jeden z nich. – Największy z nich wypadł ze swojego leża i dzwonienie mogło doprowadzić do nieszczęścia. Belki, na których wisiały dzwony, pozostawiają wiele do życzenia, dlatego korzystaliśmy już tylko z jednego. Teraz dzwony będą milczeć, ale mamy nadzieję, że nie na długo – mówi Henryk Małaszniak, do którego obowiązków należy m.in. niedzielne przypominanie sąsiadom o Mszy św.

To drugie w historii miejscowego kościoła takie wydarzenie. Po raz pierwszy lubiechowskie dzwony zostały sprowadzone na ziemię na rozkaz pruskich władz podczas I wojny światowej. Podzieliły los innych dzwonów, zdejmowanych z katolickich i ewangelickich kościołów. Zarówno najstarszy dzwon, pochodzący jeszcze z pierwszej kaplicy wybudowanej przez ród Ramelów, jak i dwa młodsze, ufundowane przez kolejnego właściciela tutejszych dóbr, Roberta Schrödera, który postawił nowy kościół na fundamentach poprzedniego, zostały przetopione na działa. Wskrzeszono je w 1927 r. Wówczas to, staraniem mieszkańców, władz i właścicieli majątku, powtórnie je odlano i przywrócono na wieżę. Całą tę historię można wyczytać z inskrypcji, którą nosi na sobie największy ze sprowadzonych na ziemię dzwonów.

Uniknąć tragedii

Po niemal stu latach decyzja o ich zdemontowaniu podyktowana została względami bezpieczeństwa. – Stan techniczny konstrukcji jest bardzo zły. Groził nawet katastrofą budowlaną. Największy dzwon mógł się zerwać i spaść do kruchty pod wieżą – wyjaśnia Zbigniew Kocur, inspektor nadzoru inwestorskiego, pod którego fachowym okiem przeprowadzono demontaż żeliwnych dzwonów. Cała operacja sprowadzenia dzwonów na ziemię wymagała nie lada precyzji. Dla śledzących ją mieszkańców Lubiechowa to pierwszy, niewielki krok do kompleksowego remontu świątyni. – Kościół jest w złym stanie. Na pierwszy rzut oka widać, że hełm wieży wymaga pilnie prac renowacyjnych. Mieszkańcy postawili nawet przed kościołem konstrukcję zabezpieczającą przed mogącymi spadać z dachu fragmentami łuszczącej się cegły – dodaje inspektor. Rozpoczęcie poważniejszych prac na razie pozostaje w sferze marzeń. Potrzebne na ten cel pieniądze zdecydowanie przekraczają możliwości niewielkiej wspólnoty. – Wieś nie jest duża, ale zależy nam na tym, żeby kościół służył i nam, i tym, którzy przyjdą po nas. Zawiązujemy komitet, który będzie zbierał środki wśród mieszkańców, szukamy sponsorów, zastanawiamy się nad sposobami na zgromadzenie funduszy. Mamy świadomość, że nie uda się przeprowadzić kompleksowego remontu od razu, ale wierzymy, że uda nam się etap po etapie przywrócić kościół do dawnego wyglądu – mówi Witold Ćmoch, jeden z mieszkańców zaangażowanych w ratowanie świątyni.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama