Nowy numer 24/2021 Archiwum

Wojtek nadal jest bardzo zajęty

W rok po tragicznej śmierci ks. dr. Wojciecha Wójtowicza na jego grobie nie brakuje świeżych kwiatów, nie gasną znicze. Cały czas ktoś mówi "dziękuję".

Pani Maria ze wzruszeniem przegląda fotografie. - Całe albumy obcych ludzi na zdjęciach! A to małżeństwa, które błogosławił, a to dzieci, które chrzcił. Tylu miał przyjaciół, znajomych, tylu ludziom starał się służyć czy pomóc - uśmiecha się do kolorowych odbitek.

- Nikomu nie odmówił pomocy. Nikomu. Pamięta pani tego człowieka, który krzyczał nad grobem: „kocham cię?” - pyta i zaraz wyjaśnia epizod, który rok temu zakłócił smutek żałobników: - Wtedy, na pogrzebie, nie wiedzieliśmy kto to. A to taki tutejszy pijaczyna. Wojtek nie raz mu na chleb dawał, kiedy go spotkał. Wobec nikogo nie przeszedł obojętnie. Taki był zlatany ciągle, ale o wszystkich pamiętał, do wszystkich dzwonił. Woził do lekarza, przywoził leki. On sam się nie przyznawał, nie opowiadał. Dopiero teraz telefonują i odwiedzają mnie ludzie, którzy są Wojtkowi za coś wdzięczni - mówi wzruszona Maria Wójtowiczowa.

Wyrazem tej wdzięcznej pamięci są świeże kwiaty i znicze, które nie gasną na grobie jej syna, zmarłego tragicznie rektora koszalińskiego seminarium.

- Wiele osób zagląda do niego na cmentarz. Przyjeżdżają klerycy, księża, świeccy. Często spotykamy ich przy grobie, albo widzimy, że palą się znicze, są nowe kwiaty. Nie pozwalam ruszyć nawet najskromniejszego bukiecika, bo to wyraz czyjejś pamięci i modlitwy - mówi pani Maria. - Mnie też odwiedzają, zaglądają, chociaż teraz - żeby było bezpieczniej - to częściej dzwonią - dodaje. 

Na to ostatnie zdjęcie zrobione na seminaryjnym korytarzu pani Maria spogląda z czułością całymi dniami.

- Niekiedy proszę, żeby mi się przyśnił. Ale nie chce. Czasem wnuczka puści mi nagrane jakieś kazanie, jakieś rekolekcje. Wtedy jakby lżej mi się na sercu robi, kiedy mogę go posłuchać - wzdycha ciężko.

Choć minął rok, wcale nie jest łatwiej pogodzić się z tym, co zdarzyło się 13 stycznia 2020 r. pod Nacławiem, na drodze, którą ks. Wojciech jechał do rodzinnego Miastka. Tym bardziej, że wciąż miał jeszcze tyle do zrobienia. Bez przerwy dokądś pędził, coś załatwiał, jechał na drugi koniec Polski głosić rekolekcje.

- Ale zawsze do mnie dzwonił, gdziekolwiek by był, zawsze mówił dokąd się wybiera, że bezpiecznie dojechał na miejsce. Tylko odwiedzać było mu nas trudno, bo taki był ciągle zajęty. Mówił: „mamo, ja was wszystkich bardzo kocham, ale teraz seminarium i ci wszyscy ludzie to moja rodzina - przyznaje pani Maria. - Jestem pewna, że on nadal jest bardzo zajęty. Czuwa nad nami z nieba. Wstawia się w naszych sprawach do Pana Boga - uśmiecha się ciepło.

Więcej w numerze 3 wydania papierowego "Gościa Koszalińsko-Kołobrzeskiego". 

W wielu parafiach diecezji dziś sprawowane będą Msze św. w intencji śp. ks. Wojciecha Wójtowicza. W koszalińskim seminarium wieczorem zostanie pobłogosławiona tablica upamiętniająca tragicznie zmarłego rektora. Ze względów bezpieczeństwa sanitarnego uroczystość odbywać się będzie za zamkniętymi drzwiami. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama