Nowy numer 9/2021 Archiwum

Prosiłam Boga, żeby był dobrym księdzem

W rok po tragicznej śmierci ks. dr. Wojciecha Wójtowicza na jego grobie nie brakuje świeżych kwiatów, nie gasną znicze. Cały czas ktoś mówi „dziękuję”.

Pani Maria ze wzruszeniem przegląda fotografie. – Całe albumy obcych ludzi na zdjęciach! A to małżeństwa, które błogosławił, a to dzieci, które chrzcił. Tylu miał przyjaciół, znajomych, tylu ludziom starał się służyć czy pomóc – uśmiecha się do kolorowych odbitek. – Nikomu nie odmówił pomocy. Nikomu. Pamięta pani tego człowieka, który krzyczał nad grobem: „Kocham cię!”? – pyta i zaraz wyjaśnia epizod, który rok temu zakłócił smutek żałobników: – Wtedy, na pogrzebie, nie wiedzieliśmy, kto to. A to taki tutejszy pijaczyna. Wojtek nieraz mu na chleb dawał, kiedy go spotkał. Wobec nikogo nie przeszedł obojętnie. Taki był zalatany ciągle, ale o wszystkich pamiętał, do wszystkich dzwonił. Woził do lekarza, przywoził leki. On sam się nie przyznawał, nie opowiadał. Dopiero teraz telefonują i odwiedzają mnie ludzie, którzy są Wojtkowi za coś wdzięczni – mówi wzruszona Maria Wójtowiczowa.

Wyrazem tej wdzięcznej pamięci są świeże kwiaty i znicze, które nie gasną na grobie jej syna, zmarłego tragicznie rektora koszalińskiego seminarium. – Wiele osób zagląda do niego na cmentarz. Przyjeżdżają klerycy, księża, świeccy. Często spotykamy ich przy grobie albo widzimy, że palą się znicze, są nowe kwiaty. Nie pozwalam ruszyć nawet najskromniejszego bukiecika, bo to wyraz czyjejś pamięci i modlitwy – mówi pani Maria. – Mnie też odwiedzają, zaglądają, chociaż teraz – żeby było bezpieczniej – to częściej dzwonią – dodaje.

Pierwsza komża

Odwiedziny w miasteckim mieszkaniu pani Marii to okazja do wspomnień, opowiadania, jaki był Wojtek, zanim został poważnym rektorem, cenionym teologiem, rozchwytywanym kaznodzieją. O pierwszej komży szytej w tajemnicy i dziecięcym postanowieniu, które konsekwentnie realizował. – Trafił się nam 9 lat po średnim synu. Ja miałam wtedy 41 lat. Dzisiaj kobiety w tym wieku rodzą, ale wtedy to było nie do pomyślenia. Tym bardziej że ciąża nie przebiegała całkiem prawidłowo. Lekarz zasugerował aborcję. Nie zgodziłam się. Zapytał: – A jak urodzi się kalekie? – To będę chować kalekie – odpowiedziałam z przekonaniem. Wstał, uścisnął mi rękę. Powiedział: „Gratuluję ci” – tamten czas pani Maria wspomina z czułą tkliwością, choć nie był najłatwiejszy. Zwłaszcza gdy niedługo potem tragiczny wypadek zabrał jej męża, a ona sama borykała się z problemami zdrowotnymi.

O tym, że będzie ministrantem, Wojtek zdecydował w zerówce. Wróciwszy z kościoła oznajmił swoje postanowienie mamie. Ta doradzała, żeby poczekał, aż nieco podrośnie. – Ale postawił na swoim. Po kryjomu sąsiadka mu komżę uszyła i sam się zgłosił do księdza – uśmiecha się pani Maria.

Liturgii w kościele było mu mało. Więc w domu stawiał na stole krzyż, a za stułę służył krawat po tacie. – I kazanie powiedział, i jeszcze na tacę kazał nam rzucać. Nawet niekiedy sąsiedzi dawali się nabrać i myśleli, że u Wójtowiczów naprawdę ktoś Mszę odprawia – wspomina. W szkolnym wypracowaniu pierwszoklasista Wojtek wyjawił, jaki ma plan na życie. – Dlaczego miałam zabraniać? – dziwi się pani Maria. – Przeciwnie, bardzo się ucieszyłam, chociaż nie rozmawiałam z nim o tym. Za to codziennie bardzo się modliłam, żeby w tym postanowieniu wytrwał. Ta kartka z modlitwą o powołania w mojej książeczce do nabożeństwa najbardziej jest wytarta, aż zbrązowiała. Prosiłam Boga, żeby był dobrym księdzem – wyznaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama