Nowy numer 38/2021 Archiwum

Nie chodzi o wyczyn

Mimo niesprzyjającej pogody i trwającej pandemii na udział w EDK zdecydowało się sporo ludzi. Spędzili czas na samotnej nocnej wędrówce, rozważając mękę Chrystusa i walcząc z własną słabością.

W Ekstremalnej Drodze Krzyżowej biorą udział różni ludzie: starsi, młodsi, głęboko wierzący, ale także ci, którzy na co dzień nie mają regularnego kontaktu z Kościołem. Okazuje się, że takie przeżycie może mieć bardzo pozytywne skutki duchowe. Nie można jednak zatrzymać się na wymiarze survivalowym.

Chodzenie po wodzie

O takim przeżyciu, dosłownie i w przenośni, opowiadają 17-letnia Marysia i jej tata Paweł, którzy 19 marca wybrali się na 50-kilometrową EDK z Koszalina. W czasie drogi pojawiła się poważna przeszkoda. – Część trasy przy jeziorze Jamno okazała się zalana. Sporo ludzi w tym momencie zrezygnowało. Pojawiła się pokusa, żeby odpuścić. Jednak zdjęliśmy buty i chodziliśmy po wodzie – opowiada porządnie zmęczony pan Paweł.

Aby ukończyć EDK, trzeba też chodzić po wodzie w ewangelicznym sensie, tzn. wykazać się wiarą. Jak przyznają uczestnicy wędrówki, to ona okazuje się najlepszą motywacją, żeby iść dalej. – Ostatnie 5 kilometrów było dla mnie naprawdę bardzo ciężkich. Pomyślałam o tym, co przeżywał Pan Jezus – wyznaje Marysia. – Rzeczywiście było to doświadczenie drogi krzyżowej. Pozwoliło mi choć trochę zrozumieć, jaki trud znosił Jezus. Po 30. kilometrze każdy krok sprawiał mi ból i walczyłem, żeby w ogóle go zrobić – dodaje pan Paweł.

Miara ekstremizmu

19 marca uczestnicy EDK wyruszyli także z kościoła pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Słupsku. Na 44-kilometrową wędrówkę w mrozie i zacinającym śniegu, którą poprzedziła Msza św., zdecydowało się 70 osób, w tym małżeństwa, rodziny z nastoletnimi dziećmi, duchowni.

Słupską EDK, zainicjowaną przed laty przez ks. Sebastiana Kowala i zawieszoną na trzy lata z powodu jego przejścia do innej parafii, podjęli świeccy. Teraz to oni przejęli pałeczkę i inspirują chrześcijan z regionu, w tym kapłanów, by ruszać za krzyżem w ekstremalnej formie. O to, by ją po latach ponownie przywrócić do życia, usilnie walczył Wiktor Janusz. – Na szczęście zebrali się fantastyczni ludzie, którzy mieli na tyle energii i chęci, by podjąć się organizacji – mówi o zapleczu EDK, czyli planowaniu, logistyce, zapisach, nocnym dyżurze „ratunkowym”, czego podjęli się m.in. Rycerze Kolumba.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama