Nowy numer 38/2021 Archiwum

Praca w... domu

To wyrażenie w czasach koronawirusa bardzo się upowszechniło. Jednak to, co wydarzyło się w DPS w Bobolicach, nadało mu jeszcze inne znaczenie.

Wydarzenia, które opisujemy, miały miejsce ponad rok temu w okolicach Wielkanocy. Już samo to „opóźnienie” wiele mówi o tym, co się tam wtedy stało. Nikt nie chciał o tym opowiadać, bo przecież... „nie ma o czym”.

Akcja–reakcja

Dziś na początek trwającej od ponad roku pandemii ludzie patrzą inaczej. Wtedy, w marcu 2020 r., panowały powszechny strach i niepewność, co będzie dalej. Świat się zamykał i nie wiadomo było, czy czasami nie spełnią się scenariusze znane z katastroficznych książek i filmów.

DPS-y, takie jak ten w Bobolicach, znalazły się w dramatycznym położeniu. – Nasze podopieczne mają choroby współistniejące, więc zakażenie wirusem mogło być dla nich szczególnie niebezpieczne – mówi Ewelina, nauczycielka i pracownik socjalny w placówce.

Poza tym w obliczu powszechnego lockdownu niemożliwe było funkcjonowanie domu na zwyczajnych zasadach. Ktoś więc musiał podjąć decyzję zamknięcia się w środku razem z mieszkankami, bez możliwości wyjścia na zewnątrz, i bycia z nimi 24 godziny na dobę.

Na jak długo? Wtedy nikt tego nie wiedział. Okazało się, że trwało to prawie miesiąc, łącznie z Wielkanocą. 10 osób – siostry pallotynki i pracownice świeckie – podjęły trudną decyzję. – Nie kalkulowałam. To było działanie na zasadzie „akcja–reakcja”. Słyszałam z mediów o sytuacji w wielu tego typu placówkach. Postanowiłyśmy zmienić bieg wydarzeń – wspomina Dorota.

Udało się. W bobolickim DPS żadna z podopiecznych nie zachorowała.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama