Nowy numer 47/2021 Archiwum

Ziarno siostry Berthy

„Bóg zabiera pracowników, ale ich dzieło pozostaje”. Czy mówiąc te słowa, umierająca przełożona koszalińskiego zgromadzenia przeczuwała, że to, co rozpoczęła, przetrwa i będzie owocować nawet po stu latach?

Większość współczesnych koszalinian nigdy o niej nie słyszało. Nie poznali kobiety o niezwykłym harcie ducha, konsekwencji i uporze, która wybudowała ich szpital – obecnie największą w regionie placówkę.

Pierwszy przystanek

Wędrówkę po śladach Berthy von Massow trzeba więc zacząć od szpitala. Imponujący rozmachem kompleks nawet dzisiaj budzi należny szacunek dla tej, która go stworzyła. – Była wizjonerką, która konsekwentnie realizowała swoją wizję – przyznaje Iwona Sławińska, pedagog, historyk, miłośniczka dziejów Koszalina i jedna z „fanek” przełożonej zgromadzenia służącego przedwojennym mieszkańcom miasta. Na odręcznie rysowanym planie zaznacza kolejne budynki, które powstawały u stóp Góry Chełmskiej: szpital na sto łóżek, dom macierzysty, pastorówkę, dwa domy dziecka, dom dla emerytowanych sióstr, nowe skrzydło szpitalne. Nie tylko chorzy znajdowali tu opiekę, a dzieci schronienie. Z powodzeniem funkcjonowały szkoła gospodarstwa domowego, diakonisy kształciły też opiekunki dziecięce i pielęgniarki. – Budynki były zelektryfikowane, posiadały centralne ogrzewanie, telefony, nowoczesne laboratorium, kuchnię, także dietetyczną. Siostry prowadziły własne gospodarstwo hodowlane oraz ogrodnictwo – wylicza. Były w placówkach w Sławnie czy Darłowie. Pod koniec 1928 roku pracowało na terenie Pomorza 110 diakonis; 102 były w nowicjacie i 60 w okresie próbnym.

Salem znaczy pokój

Na ścianie budynku administracji szpitala, gdzie dawniej mieszkały siostry emerytki, od niedawna wisi tablica przypominająca o Berthcie. To zasługa Koszalińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. – Zebrało się paru miłośników historii, którzy zaczęli się zastanawiać, co ze starego Koszalina trzeba upamiętnić. Odezwał się we mnie duch nauczycielski: trzeba upamiętniać tych, którzy swoją postawą przekazywali uniwersalne wartości. Bertha von Massow wydaje mi się najlepszym tego przykładem – podkreśla Iwona Sławińska.

Z racji wieloletniej pracy w Zespole Szkół Medycznych bada dzieje koszalińskiej opieki zdrowotnej. Tak trafiła na zgromadzenie Salem – pokój. Diakonissenanstalt Salem powstał w 1868 roku w Szczecinie. Jak trafiła do niego wywodząca się ze szlacheckiej rodziny córka prawnika i starosty insterburskiego, do końca nie wiadomo.

– Wydaje mi się, że jej ojciec mógł być sponsorem Salem i dzięki temu Bertha weszła do dyrektorium, rodzaju zarządu, jako osoba mająca koordynować działania pod względem prawnym, a także trochę finansowym. To potwierdza przypuszczenia o jej dobrym wykształceniu, choć nie mamy informacji o tym, czy skończyła studia – mówi historyk. Pewne jest jedynie, że po śmierci założycielki zgromadzenia, Thekli von Hünerbein, trzydziestojednoletnia Bertha rozpoczyna kierowanie Salem, a 8 lipca 1904 roku zostaje wyświęcona na diakonisę i obejmuje funkcję przełożonej. Będzie ją pełniła do śmierci. – Z lektury pozostawionych listów Bertha jawi się jako osoba niezwykle skromna, nie eksponuje swojej osoby. Dziękuje wszystkim, nie pomija nikogo, nawet ogrodnika czy szofera, pisze o każdym – nie o sobie – opowiada pani Iwona. – Koszaliński współpracownik, szef szpitala, powie o niej, że była niezwykle opanowana. Miała silny charakter, ale nigdy nie doszło miedzy nimi do konfliktu. Umiała rozmawiać – dodaje.

Jest też mocno osadzona w słowie Bożym. W biblijnych cytatach znajduje potwierdzenie dla wszystkich zamierzeń, działań, wypowiedzi. Także w udzielaniu pomocy pierwszowojennym jeńcom czy późniejszym robotnikom przymusowym.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama