Nowy numer 23/2023 Archiwum

Zamknąć oczy, żeby widzieć

W przeciwnym razie uda się zobaczyć jedynie kolorowe rysunki na ścianach, które wykonał – fakt – nie byle kto, bo o. Marko Ivan Rupnik. On sam jednak podkreśla: – Z tych ścian wychodzi Słowo.

Niektórzy mówią o nim „Michał Anioł XXI wieku”. Reprezentuje oczywiście zupełnie inny styl – choć formą nawiązujący do chrześcijańskiego Wschodu i pisania ikon, to jednak swoisty i rozpoznawalny. Słoweński jezuita o. Marko Ivan Rupnik wykonał wnętrza m.in. takich sakralnych przestrzeni jak kaplica Redemptoris Mater w Pałacu Apostolskim, nowa bazylika w Fatimie, kaplica różańcowa w Lourdes, krypta z grobem św. Ojca Pio w San Giovanni Rotondo, sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie.

Teraz do tej niezwykłej listy można dopisać Szczecinek. Aż trudno uwierzyć, że w końcu do tego doszło. Po wielu latach przygotowań, starań, chwil zwątpienia dzieło jednego z największych współczesnych wykonawców sztuki sakralnej zdobi wnętrze szczecineckiego kościoła pw. św. Krzysztofa. Choć artysta znany jest głównie z mozaik, w Szczecinku zdecydował się na polichromie. Powiedzieć o Rupniku, że jest wykonawcą sztuki sakralnej, to oczywiście zbyt mało. Ten skromny jezuita jest nietuzinkowym teologiem, profesorem papieskich uniwersytetów, autorem licznych publikacji, rekolekcjonistą. Również zredukowanie jego dzieł do funkcji dekoracyjnej byłoby nieporozumieniem. Wnętrze szczecineckiego kościoła pw. św. Krzysztofa zostało nie tylko niezwykle ozdobione, ale przede wszystkim mówi, a jeszcze bardziej zaprasza do wniknięcia w Tajemnicę.

Liturgia obrazu

Roli sztuki sakralnej o. Rupnik szuka w spuściźnie ojców Kościoła: – Dla nich budynek sakralny zawsze był obrazem Kościoła pisanego przez duże K. Ściany świątyni były dla nich autoportretem Kościoła. Wnętrze świątyni jest więc opowieścią o tym, czym Kościół w istocie jest i kim są chrześcijanie, którzy go tworzą. Jak podkreśla o. Rupnik, wnętrze ma odzwierciedlać to, co w świątyni się dzieje. To dlatego dynamika liturgii musi być fundamentem sztuki sakralnej. Inaczej ta stałaby się jedynie bardziej lub mniej wyrafinowaną dekoracją. Ojciec Rupnik mówi nawet: – Gdy ktoś wchodzi do kościoła i nie jest w nim akurat sprawowana żadna liturgia, to sprawują ją ołtarz, ambona, ściany, architektura. – Ojcowie Kościoła zrozumieli, że obrazy i kolory nie są tylko tłumaczeniem słów, ale niosą w sobie coś więcej – kontynuuje. – One łatwiej niż cokolwiek innego mogą przenieść mnie do konkretnej sytuacji z życia. Nagle staję się częścią słowa, które tutaj jest do mnie kierowane. Wchodzę do świątyni i ze wszystkich ścian wychodzi Słowo, które jest skierowane do mnie. Ja natomiast jestem w nie jak gdyby włączony. Rozpoczyna się dialog. Jan Paweł II powiedział mi, że jeśli ktoś wchodzi do świątyni, powinien nie coś zobaczyć, ale zostać zobaczonym – dodaje teolog. Na potwierdzenie tej tezy artysta przytacza historię, która przydarzyła mu się przed laty w wykonanej przez niego krypcie w San Giovanni Rotondo. – Modliłem się przy grobie Ojca Pio. Po jakimś czasie usłyszałem za sobą płaczącą kobietę. Była zwrócona nie w stronę grobu świętego, ale jednej z mozaik. Okazało się, że nie płakała ze smutku. Jej historia była taka: wyszła za mąż. Zdecydowała się na ślub kościelny nie z pobudek wiary, ale raczej tradycji. Po kilku latach jej mąż uległ wypadkowi i pozostał sparaliżowany. Nie zgodziła się na pielęgniarkę do opieki nad nim. Postanowiła robić to sama. Po latach stało się to dla niej bardzo trudne. Koleżanka poradziła jej, żeby poszła pomodlić się do Ojca Pio. Weszła do kaplicy i zobaczyła mozaikę ze sceną przedstawiającą posiłek w domu Łazarza, po jego wskrzeszeniu, kiedy Maria całuje stopy Jezusa. Jak powiedziała, w tym momencie nastąpił w niej życiowy przełom. Zawalił się poprzedni świat, a narodził się nowy. Zrozumiała, że każdego dnia obmywała ciało Jezusa i całowała Jego stopy. „Czego chcieć więcej od życia?” – pytała, rozumiejąc już, czym jest sakrament małżeństwa. Zrozumiała to przy mozaice. Dla mnie było to bardzo mocne. Płakałem razem z nią.

Skąpani w wodzie

Tak można by powiedzieć o wszystkich odwiedzających kościół św. Krzysztofa w Szczecinku. Motywem przewodnim łączącym wszystkie malowidła w szczecineckiej świątyni jest bowiem woda. – Kiedy wejdzie się do świątyni i popatrzy przed siebie, od razu widać chrzest Jezusa i Jego zstąpienie do piekieł. Nie sposób tutaj nie pomyśleć o własnym chrzcie, który jest przecież wyrwaniem z grobu, ze śmierci. Jesteśmy ochrzczeni, czyli razem z Chrystusem umarli i wskrzeszeni do życia – o. Rupnik wyjaśnia teologię zawartą w przedstawieniu na ścianie prezbiterium. W miejscu, gdzie zostanie umieszczona chrzcielnica, namalowano scenę, w której św. Piotr ochrzcił Korneliusza. – Piotr zrozumiał wtedy, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Korneliusz był Rzymianinem, a więc okupantem, ale otrzymał Ducha Świętego – mówi o. Rupnik, zwracając uwagę na darmowość łaski chrztu. Na innej ścianie baptysterium jezuita zdecydował się na scenę spotkania Jezusa z Samarytanką przy studni: – Współcześni egzegeci zwracają uwagę, że dzban, który przyniosła, był używany do składania prochów zmarłych. Przyszła więc ze śmiercią, a otrzymała życie. To kolejny obraz wyjaśniający znaczenie pierwszego sakramentu. Nawiązując do nowego stworzenia w chrzcie świętym, w kościele przedstawione są też sceny pierwszego stworzenia człowieka oraz jego upadku, opisane w Księdze Rodzaju. Jest też scena przejścia przez Morze Czerwone, wesela w Kanie Galilejskiej, a także paruzji, czyli ostatecznego przyjścia Chrystusa w chwale.

Niosący czy niesiony?

W szczecineckiej świątyni nie mogło zabraknąć przedstawienia św. Krzysztofa. Jest ono wyjątkowe. – W Kościele łacińskim, tłumacząc znaczenie św. Krzysztofa, wychodzimy od jego imienia. Oznacza ono „niosącego Chrystusa”. Dlatego przedstawiliśmy go przechodzącego przez wodę na ramionach z Jezusem, który zakrywa mu oczy. Sens tego jest taki, że on patrzy na świat już nie swoimi oczami, ale oczami Jezusa. Nie patrzy już tylko oczami ludzkiej natury, ale stał się niejako bosko-ludzki. Jego człowieczeństwo zostało przebóstwione – wyjaśnia o. Rupnik. – Oznacza to, że nasza ludzka natura jest przeżywana dobrze wtedy, kiedy czynimy to jako dzieci Boże – dodaje.

Z Kościoła dla Kościoła

Przygotowania do wykonania wystroju świątyni przez o. Rupnika trwały kilka lat. Samo malowanie zajęło kilkanaście dni na przełomie kwietnia i maja. Artysta przyjechał do Szczecinka z grupą swoich uczniów. W sumie było to dziesięć osób z całego świata, które pod okiem mistrza wykonywały poszczególne partie całego dzieła. Pracowali po dwanaście godzin na dobę. Każdy dzień rozpoczynali Eucharystią, podczas której o. Rupnik głosił homilię. Są to bowiem osoby głęboko wierzące. – Stworzyć coś dla Kościoła można tylko z Kościoła – wyjaśnia jezuita. – Mógłby tutaj przyjść jakiś genialny artysta, pomalować to wszystko i odejść. Ale nie o to chodzi. Zaczynamy od Eucharystii, ponieważ jeśli nie zrozumiemy, że jesteśmy tym chlebem i winem, to jak możemy wykonać autoportret Kościoła? Jak możemy tego dokonać, nie wiedząc, czym Kościół jest? – pyta retorycznie.

Poprzeczka wysoko

Ksiądz Bogusław Matusik, proboszcz szczecineckiej parafii pw. św. Krzysztofa, nie kryje radości z tego, że udało się zrealizować – wydawało się – mało realne marzenie, które narodziło się przed laty podczas pielgrzymek do światowych sanktuariów z dziełami o. Rupnika. – Wyzwanie stworzenia przestrzeni, w której będzie się czuło modlitwę, jest dla proboszcza bardzo ważne. Od początku wiedziałem, że wyzwaniu temu będzie trudno sprostać – mówi. – Oczywiście mam świadomość, że poprzeczkę postawiliśmy wysoko. Jednak odpuścić i zrobić coś mniejszego można było w każdym momencie. Cierpliwość popłaca i kończy się tym, że mamy świątynię wykonaną przez o. Marko Rupnika – dodaje duszpasterz. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Quantcast