Nowy numer 47/2022 Archiwum

Serca się pootwierały

W tej akcji nie ma ewangelizacyjnych fajerwerków ani spektakularnych wydarzeń. Ale jasno widać, że wezwanie „Idźcie i głoście” to nie slogan reklamowy.

Każdy dzień kończy procesja. Pan Jezus przechodzi przez wieś, stuka do każdego domu, błogosławi też tym, którym do kościoła już nie po drodze. Na dźwięk dzwonków i niosącego się w sielskiej ciszy wiejskiego krajobrazu śpiewu uchylają się firanki, otwierają się okna. – Da Pan Bóg, że serca się poruszą – kiwa głową ks. Jan Sosnowski, proboszcz parafii w Bukowie, dokąd w tym tygodniu zjechała ekipa ewangelizatorów w habitach i sutannach. Przez osiem dni starają się dotrzeć do wszystkich wsi należących do wspólnoty parafialnej. Przed południem bawią się z dziećmi, a po południu odwiedzają dorosłych, pytają, co słychać, proponują modlitwę w intencji spraw, które bolą.

– Są tacy radośni, pełni energii, wiary. My sami jesteśmy sobie winni, że tacy nie jesteśmy. Pozamykaliśmy się w domach. Tyle dzisiaj w świecie egoizmu, nawet nienawiści, a oni przywieźli radość, pokój – mówi Joanna Grycko, sołtys należących do bukowskiej wspólnoty Lasek. Dla liczącej około 200 osób wsi wizyta ewangelizatorów to spore wydarzenie, wyczekane, bo planowane jeszcze przed pandemią. – Trzeba poruszyć każdego, poczynając od proboszcza. Jestem tutaj 20 lat i sam czuję, że przyda mi się nowa mobilizacja. Bez niej trudno ukazywać Chrystusa swoim życiem – przyznaje ks. Jan. Ale czasami zwyczajnie brakuje rąk do pracy. – Takiej akcji samemu się nie da zorganizować. Nawet odwiedzić wszystkich w jeden dzień nie sposób – dodaje duszpasterz.

Znaki i cuda

Wśród części parafian akcja budzi lekkie zaniepokojenie. Nigdy wcześniej z taką formą głoszenia się nie spotkali, więc dopytywali proboszcza, na czym ma polegać. Chodzenie od drzwi do drzwi kojarzyło im się bardziej ze Świadkami Jehowy. – A nie z apostołami, których Pan Jezus rozsyłał po dwóch. Akurat w tę niedzielę była o tym Ewangelia, więc łatwiej było to wytłumaczyć. Może po tej wizycie sami poczują się apostołami, bardziej zaangażują w życie parafii, w dawanie świadectwa sąsiadom? – zastanawia się ks. Jan. Po to też cała ta akcja realizowana od lat przez ekipę z Domu Miłosierdzia. – My jesteśmy po to, żeby pomóc, rozkręcić dzieci. Zachęcić, żeby śpiewały w scholi, służyły przy ołtarzu. W jednej parafii po ewangelizacji powstała oaza, do dzisiaj mam kontakt z tymi młodymi ludźmi. Dajemy impuls i to działa. W niedzielę my głosiliśmy, a proboszcz przez całą Mszę św. spowiadał. Zapraszamy ludzi, żeby wrócili do Kościoła i go pokochali – wyjaśnia z entuzjazmem ks. Łukasz Dawidowicz. Choć jest z diecezji łomżyńskiej, od lat przyjeżdża, żeby ewangelizować Wybrzeże lub wsie. – Idźcie i nauczajcie, a będą wam towarzyszyły znaki. Dzisiaj po prostej kilkuminutowej modlitwie kobieta odzyskała słuch w jednym uchu. Idziemy z uśmiechem i słowem Bożym, a ludzie się otwierają – wyjaśnia fenomen akcji, w której nie ma żadnych ewangelizacyjnych fajerwerków, koncertów, porywających kazań, a dzieją się wielkie rzeczy. – Dzieci, z którymi bawimy się przed południem, „otwierają” nam drzwi swoich domów, ułatwiają nawiązanie kontaktu z dorosłymi – dopowiada ks. Kamil Sobiech z sąsiedniej diecezji pelplińskiej. Co roku stara się przyjechać na ewangelizację wsi choć na kilka dni. – Takie akcje to również niezwykłe spowiedzi święte, bywa, że po wielu latach, wiążące się z rozmowami o poważnych sprawach. Bardzo mocne doświadczenie tego, jak Jezus podnosi ludzi, jak ich uwalnia i daje nadzieję. Dzieją się cuda – mówi duszpasterz.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy