Nowy numer 48/2022 Archiwum

Po to jest wspólnota

W ciągu kilku godzin trzy rodziny straciły dach nad głową i cały dobytek, a jedna – źródło utrzymania. Mieszkańcy gminy i parafianie organizują pomoc.

Trzy tygodnie po tragedii pan Jan kosi trawę przy pogorzelisku. – Muszę coś robić, czymś się zająć. Ale tam patrzeć – strasznie – mówi, wskazując ręką na doszczętnie wypalony budynek, który był mieszkaniem jego rodziny przez ponad pół wieku. W parterowym budynku mieszkały jeszcze dwie rodziny. Łącznie dach nad głową straciło 10 osób, w tym troje dzieci. Razem z dachem spłonęło też wszystko, co mieli. – Zostaliśmy z tym, z czym wyskoczyliśmy z łóżek. Tyle dobrze, że dokumenty zostawiłem w samochodzie. Stąd już się nic wynieść nie dało – dodaje łamiącym się głosem Jan Łuczków.

Teresa Zakrzewska nie może powstrzymać łez. Tym bardziej, że kiedy tylko wyjdzie przed dom córki, w którym znalazła schronienie, widzi zgliszcza swojego domu. − Wykupiłam to mieszkanie, kupiłam nową lodówkę, telewizor, spłaciłam kredyt. Ciężko mi się żyło wcześniej, całe życie nie mogłam się niczego dorobić. I tak się cieszyłam, że udało mi się przygotować wszystko na starość – opowiada. Ma ponad 80 lat i opiekuje się dorosłym niepełnosprawnym synem. Tamtej nocy obudziło ją jakieś stukanie. – Jakby Opatrzność czuwała. Zawołałam Janka, ale nie odpowiedział. Wstałam, poszłam do jego pokoju. Jak otworzyłam drzwi, to już pełno dymu było. Ledwo uciekliśmy – opowiada przez łzy.

Natychmiastowy odzew

Pożar wybuchł w środku nocy z 28 na 29 czerwca. Z żywiołem przez kilkanaście godzin walczyło 16 zastępów straży pożarnej, ale wybudowany w latach 70. ubiegłego wieku budynek był łatwopalny. Nie pomógł nawet deszcz, który padał tej burzowej nocy. Rano z dobytku trzech rodzin i sklepu prowadzonego przez czwartą zostały tylko zgliszcza. – Komuś, kto nie przeżył takiej tragedii, trudno nawet wyobrazić sobie, przez co przechodzą ci ludzie. Mamy na terenie parafii uchodźców z Ukrainy. Pani Natalia z Charkowa próbowała nam opowiedzieć, jak to jest, kiedy całe życie mieści się w jednej reklamówce. Teraz na własne oczy widzimy dramat ludzi, którzy zostali z niczym – mówi ks. Dariusz Pęczak, proboszcz parafii w Lipiu, do której należy Dąbrowa Białogardzka.

Poszkodowani otrzymali pierwszą pomoc, jednak wsparcie z ramienia instytucji jest kroplą w morzu potrzeb. Z pomocą ruszyli sąsiedzi, nie tylko z malutkiej Dąbrowy Białogardzkiej, ale także mieszkańcy gminy Rąbino oraz cała wspólnota parafialna z Lipia. – Odzew był natychmiastowy. Od razu rozdzwoniły się telefony, z pytaniem, jak pomóc, co potrzeba zebrać. Myślą nawet o tym, żeby pomóc w sprzątaniu pogorzeliska, zgłaszając gotowość sfinansowania kontenerów – proboszcz chwali swoich parafian. Z pomocą przyszła też diecezjalna Caritas, przekazując pogorzelcom 10 tys. zł. – Pierwsze potrzeby są zabezpieczone, ale za chwilę trzeba będzie pomóc w zakupie odzieży zimowej, opału, zagospodarowaniu się – mówi ks. Pęczak.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy