Nowy numer 38/2022 Archiwum

Kto tu jest ewangelizowany?

Zakonnica w taczce, ksiądz na dachu, ewangelizatorzy myjący nogi. Kościół wychodzący z Przystanku Jezus jest otwarty, nieoceniający, choć nieźle zakurzony.

Tego nie da się uniknąć, kiedy kilka razy dziennie przemierza się dwukilometrowy pas startowy, wokół którego w tym roku rozłożył się Pol’and’Rock Festival. Ale do tego też przygotowywały ewangelizatorów rekolekcje poprzedzające akcję. Żeby nie bać się ubrudzić.

Na jedną z największych imprez muzycznych w Europie przyjeżdża kilkaset tysięcy osób. W tym roku do podczaplineckiego Trzcińca. Wśród uczestników zabawy są punki z kolorowymi irokezami, półnagie dziewczyny, ale i rodziny z dziećmi. Osoby w kryzysie bezdomności liczące na kilka dni darmowej życzliwości, weterani imprez rockowych, mocno zmęczone zażywaniem nie tylko muzyki dzieciaki. Krótka modlitwa przy drewnianym krzyżu i ewangelizatorzy ruszają w ten kolorowy tłum.

Mamy trawkę

Chodząc po woodstockowym polu (mimo oficjalnej zmiany szyldu dawna nazwa festiwalu wciąż dobrze się trzyma), szukają pretekstu do rozmowy. – Wpadnijcie do nas. Mamy trawkę – zaprasza ks. Kamil Sobiech. – Można sobie na niej wygodnie usiąść i pogadać – dodaje z rozbrajającym uśmiechem na widok min zaczepionych chłopaków. Przyjeżdża tu od lat. Jak mówi, przede wszystkim z posługą sakramentalną. – Często to mocne spowiedzi, po latach. Dla wielu z osób, które tu przyjeżdżają, to pierwsza taka okazja. Do kościoła nie przyjdą, więc Kościół idzie do nich – tłumaczy duszpasterz z Tczewa.

Zaczepieni odpowiadają równie przyjaźnie. Może przyjdą, a może nie. Ale pozytywny przekaz zostanie. – Ej, jesteś prawdziwy? – pytanie na widok sutanny czy habitu powtarza się tak często, że księża postanawiają zawiesić sobie tabliczki informacyjne na szyjach. Pomysł chwyta. Wyznanie działa jak magnes. Ale pytanie o autentyzm ma głębsze dno. – Ludzie szukają prawdziwości przekazu. Nie szedłbym jednak w uproszczenie, że my tutaj jesteśmy jakimś superkościołem, a w parafiach jest kiepsko. Nie tylko dlatego, że sam jestem proboszczem – śmieje się o. Damian Piątkowiak, rzecznik inicjatywy ewangelizacyjnej, która od ponad dwudziestu lat towarzyszy rockowemu festiwalowi. – Niekiedy w duszpasterstwie zabija nas biurokracja, którą też musimy na co dzień robić. Tu proces spotkania z człowiekiem jest uproszczony: wychodzimy na pole, gdzie nie ma żadnej buchalterii stawiającej mury. Tu jest po prostu spotkanie. I takiego upraszczania musimy się uczyć – tłumaczy werbista.

Kościół szukający człowieka

Piotr na sutannę ubiera dżinsowy bezrękawnik. A na rękę nabijaną ćwiekami „pieszczochę”, którą otrzymał w prezencie od jednego z nowo poznanych przyjaciół. Stylówka pozwala skrócić dystans, fakt, ale bardziej działa otwartość Piotra, chęć usłyszenia każdego. Pod bramą kilku bardzo zmęczonych imprezowiczów czeka na niego od rana. – Część to osoby, które poznałem w ubiegłym roku. Wydawało mi się, że to tak „trudne przypadki”, że raczej nie oczekiwałem, że zobaczę jakiekolwiek owoce. Chcieli gadać, ale nie o Bogu. Jeden z nich odnalazł mnie jednak potem na Facebooku, żeby zapytać, dlaczego jestem tak blisko Jezusa. Poprosił, żeby się za niego pomodlić – opowiada kleryk Piotr Gutsche.

– Innym razem holowałem chłopaka, nie chciałem, żeby zrobił sobie krzywdę. Był pijany, nawet trochę agresywny. Ale kiedy wytrzeźwiał, przyszedł na Przystanek Jezus, żeby mnie znaleźć i pogadać. Kiedy znów przyszedł, akurat czytałem Pismo Święte. Usiadł obok i słuchał. Pierwszy raz. To, że mu wtedy pomogłem, poświęciłem mu czas, zaintrygowało go tak bardzo, że chciał się dowiedzieć, dlaczego to robię. Chciałbym, żeby Kościół właśnie taki był, odnajdujący drugiego człowieka. A to zależy ode mnie, po to też więc przyjeżdżam na Przystanek Jezus – tłumaczy alumn seminarium księży chrystusowców.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy