Nowy numer 38/2022 Archiwum

Między biurkiem a klęcznikiem

Trudno sobie wyobrazić kancelarię kurii czy katedralną zakrystię bez sióstr pallotynek. To oczywiście tylko niewielki wycinek tego, co oznacza ich obecność w Koszalinie.

Obecność ta trwa od 50 lat. Siostry przyszły tu bowiem razem z diecezją. Historia ich koszalińskich początków, spisana pieczołowicie w zachowanej do dzisiaj kronice, jest nie tylko nieocenionym i często zaskakującym świadectwem tego, jakim wyzwaniem bywa życie zakonne, ale także niezwykle cennym śladem początków diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

Natomiast wspomnienia tych, którzy zetknęli się z siostrami w minionym półwieczu, pokazują, jak wielką siłę ma apostolstwo, które nie musi być spektakularne, żeby trafiło do ludzkiego serca.

Siostry koczowniczki

Świętując 50-lecie diecezji w odnowionym amfiteatrze, pięknej katedrze czy konkatedrze albo w lśniącym sanktuarium w Skrzatuszu, można nie zdawać sobie sprawy z tego, jak trudne były jej początki.

Najpierw bp Ignacy Jeż na pracę w nowo tworzonej kurii umówił się z innymi siostrami. Coś się jednak skomplikowało i ostatecznie musiały one zrezygnować. Zdesperowany ordynariusz pojechał do Bobolic, gdzie pallotynki od lat prowadziły placówkę, i oznajmił, że nie ruszy się stamtąd bez ich pomocy.

– Akurat była tam wtedy nasza przełożona prowincjalna i obiecała biskupowi, że pośle siostry do Koszalina – opowiada s. Danuta Abramowicz, która dzisiaj pracuje w kurialnej kancelarii. – Tak to się zaczęło – dodaje.

Pierwsze miesiące pobytu sióstr w Koszalinie, drobiazgowo opisane w kronice przez s. Bogdanę Cwalińską, a potem s. Alicję Kalinowską, niejednokrotnie wprawiają w zdumienie. Siostry początkowo dojeżdżały z Bobolic, ale w końcu stało się to bardzo uciążliwe i trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce w stolicy diecezji. Były z tym nie lada problemy. Siostry po prostu nie miały gdzie mieszkać, co dzisiaj może wydawać się niezrozumiałe.

We wpisie z 3 października 1972 roku czytamy: „W dalszym ciągu szukamy mieszkania. Wskazano nam pokój przy ul. Świerczewskiego. Jest nowa trudność, bo gospodarz pełni funkcję milicjanta”. Dwa tygodnie później siostry w nowym lokum odwiedził bp Ignacy. W kronice można przeczytać: „Gospodarze wyszli z domu, aby nie musieli się tłumaczyć”.

Taka sytuacja nie mogła trwać długo i w marcu 1973 roku siostry musiały się pakować. „Umiemy już tylko płakać. Wszystko spakowane, a mieszkania dalej nie ma” – czytamy zapis z 31 marca.

Tułaczka sióstr trwała jeszcze wiele miesięcy. W pewnym momencie siostry „mieszkały” po prostu w biurach kurii, która wtedy znajdowała się przy parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Jedynie na noc mogły skorzystać z pokoju, który udostępniła im pewna osoba z Koszalina. „Posiłki spożywamy w biurze, wolny czas spędzamy w kościele i na ulicy”; „Siostry chodziły po wszystkich kościołach, żeby dopiero wieczorem wrócić do domu” – można przeczytać w kronice.

Po wielu perypetiach ostatecznie koszalińskie pallotynki znalazły swoją siedzibę przy parafii katedralnej. To z tym miejscem do dzisiaj najbardziej się kojarzą.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy