Nowy numer 47/2022 Archiwum

Smaki mojego miasta

Nie ukrywa, że jest zakochany w Darłowie. Podobnie, jak w dwóch wnuczkach, którym dedykuje pisane przez siebie książki o nim i o jego mieszkańcach.

Prowadzi je po miejscach zapamiętanych ze swojego dzieciństwa i po wspomnieniach darłowskich pionierów. Nierzadko oddaje głos swoim sąsiadom, by to oni byli narratorami własnych historii.

Powojenny tygiel

Chęć przekazania wspomnień wnuczkom podsunęła pomysł na książkę. – O Darłowie jest sporo informacji, wiadomości zebranych i porozrzucanych, ale są one mało czytelne dla uczennic pierwszych klas szkoły podstawowej. Nie wiem, czy za parę lat będę jeszcze w stanie im coś opowiedzieć, pomyślałem, że lepiej zawczasu spisać to, co pamiętam – wyjaśnia z uśmiechem Krzysztof Socha.

Jak mówi, nie chciał wypełniać luk, ale zainspirować innych. – I to się chyba udało, bo kiedy rozmawiam ze znajomymi, zarzucają mi, że nie napisałem o tym czy o tamtym. I o to chodzi, by sięgnęli do swoich wspomnień, odkurzyli je i... zaczęli opowiadać własnym wnukom – dodaje. Dlatego opowiada nie tylko o przebogatej historii, obfitującej w ważne dla Pomorza i Polski wydarzenia, ale też tej, która ważna była jedynie lokalnie. Nie tylko o osobistościach na miarę Eryka Pomorskiego, Cesarza Północy, który w królewskim mieście Darłowie przyszedł na świat i tu też dokonał żywota, ale też o bohaterach dnia codziennego, zwłaszcza tego z początków powojennej polskości: nauczycielach, lekarzach, organistach i – jakże by inaczej – ludziach morza. O tych, którzy przybywali do nadmorskiego miasteczka z nakazem pracy, książeczką wojskową czy gubiących AK-owską przeszłość. Albo takich, którzy zakochali się w Darłowie, porzucając zamiary nielegalnego przedostania się do Szwecji. – Tu, jak w tyglu, znaleźli się ludzie z różnych stron, pchani różnymi motywacjami. Była grupa przymusowych robotników, jak mój ojciec, którzy zdecydowali się zostać, ale byli i szabrownicy. Byli zwolnieni z obozów, którzy nie mieli do czego wracać, przesiedleńcy zza Buga, członkowie organizacji niepodległościowych. Próbowałem tą narracją o Darłowie opowiedzieć coś więcej, szerzej. Bo historia tego miasta to też historia innych pomorskich miejscowości. Te książki są więc o dziedzictwie, ale i o budowaniu polskości na tych terenach, o zaczynaniu od zera. A ono miało swoje meandry, ciekawostki, zupełnie niemieszczące się w głowie młodemu pokoleniu – opowiada o wydanej w ubiegłym roku książce „Darłowo, a dalej jest już morze”.

Sacrum

To jego miasto. Mieszka tu, z niedużą przerwą, od 68 lat. – To, jakie Darłowo jest dzisiaj, to zasługa tamtych ludzi – kiwa głową, patrząc na zastygłą w pół kroku postać na skraju rynku. Nie wszyscy mają pomnik, jak Stanisław Dulewicz, pierwszy burmistrz, a przecież nie on jeden tworzył Darłowo. To nie tylko losy pierwszego polskiego mieszkańca Dominika Przybyszewskiego, robotnika przymusowego, którego zakończenie wojny zastało w niemieckim jeszcze Rügenwalde, i pierwszego zegarmistrza w Darłowie, który naprawił uszkodzony przez sowieckich wyzwolicieli zegar z kościelnej wieży. Albo organisty Alfonsa Milewskiego, dyrygenta kościelnego chóru „Cecylia” (który śpiewać zaczął już w grudniu 1945 r.) i kapelmistrza orkiestry dętej. – Nie zawsze nawet wnuki znają zasługi swoich dziadków. Wiele z osób, które jeszcze do niedawna chodziły tymi ulicami, było zupełnie nieznanych, niedocenionych. Ich historia to historia tego miasta. Przyjechali tu ze swoim bagażem doświadczeń, tradycji, oczekiwań i marzeń. Z tego, co mieli, budowali administrację, przedsiębiorstwa, edukację. Nie osiągnęli spektakularnego sukcesu, może nawet nie zapisali się w annałach miasta, ale byli ważni dla jego funkcjonowania – tłumaczy pan Krzysztof.

Dobre przyjęcie pierwszej publikacji ośmieliło go do dalszego spisywania darłowskich historii. – Pisząc pierwszą książkę, uświadomiłem sobie, że ta powojenna polskość miasta budowana była w duże mierze w oparciu o Kościół. W większości przypadków przez dziesięciolecia darłowskie świątynie były raczej miejscem, które jednoczyło, a nie dzieliło – mówi autor „Darłowskiego sakrum i profanum”. Dzisiaj miasto kojarzy się z franciszkanami. Są tu dwie franciszkańskie parafie i dwa domy zakonne, co na tak niedużej przestrzeni, jaką jest Darłowo i Darłówko – nadmorska część miasta u ujścia rzeki Wieprzy do Bałtyku, nie należy do powszechnej praktyki. Darłowskich związków z franciszkanami można dopatrzyć się dużo wcześniej niż od 4 sierpnia 1945 r., gdy o. Damian Tyniecki odprawił pierwszą Mszę św. w języku polskim w kaplicy św. Gertrudy na cmentarzu (gdyż fara była użytkowana jako... magazyn). To nie kto inny jak duchowi synowie św. Franciszka pasowali Eryka Pomorskiego w Jerozolimie na rycerza elitarnego Zakonu Świętego Grobu Bożego.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy