Nowy numer 5/2023 Archiwum

Rowokół jak Rysy, a potem szarlotka

Spacer po plaży, gorąca czekolada w kawiarni, kilka godzin spędzonych z przyjaciółmi. Jeden dzień w miesiącu ofiarowany tym, których niepełnosprawność zamyka w domu.

Stojące przed kościołem mamy łatwo rozpoznać. Zbijają się w grupę, śmieją, rozmawiają. Ale i nerwowo przestępują z nogi na nogę, coraz niecierpliwiej spoglądają na zegarki. Bus się spóźnia. Gdy tracą z pola widzenia dzieci, nauczone wypatrywania czyhających wszędzie zagrożeń rodzicielskie serca biją trochę szybciej. Choć ich dzieci już dawno dziećmi nie są.

– Pamiętam, jak mi serce drżało rok temu, przy pierwszym wyjeździe. Mieli być o 15.00, jest 15.30, a jeszcze ich nie ma. A ja od 14.00 siedziałam w kościele i próbowałam koronkę odmawiać, ale nie mogłam się skupić i słowa mi się plątały – przyznaje – dziś ze śmiechem – Wioletta Czarniak. Wtedy nikt nie wiedział, jak to będzie wyglądać: niepewni swoich możliwości rycerze, rodzice pełni obaw i tylko dzieci szczęśliwe, że szykuje się przygoda.

Nic wielkiego

Adam na każde wyjście musi być ogolony. I żeby nie wiadomo co, mama musi upiec słodkie bułki. – Wczoraj wieczorem byłam dość zajęta, ale za nic nie odpuścił: mąkę z szafki wyciągał, kazał piec drożdżówki, żeby dla wszystkich na wyprawę było. Tak bardzo się cieszy, kiedy ma możliwość wyjść, chociaż na trochę. Te wyprawy przeżywa ogromnie – opowiada z uśmiechem jedna z czekających na przyjazd busa kobiet. Oprócz 34-letniego syna ma pod opieką swoją mamę z postępującym alzheimerem. Możliwości wyrwania się z domu są mocno ograniczone. – A dla Adama to najlepsza terapia: spacery, wyjście z czterech ścian, oglądanie świata – opowiada. Słów, którymi mogłaby dziękować, już dawno jej zabrakło. Bo jak podziękować za podarowane serce?

Właściwie to nie bardzo wiedzą, skąd wziął się pomysł na organizowanie wypraw. Jako Rycerze Kolumba mieli po prostu przekonanie, że dysponują czasem, potencjałem i możliwościami, żeby zrobić coś dla innych. – Ja jestem tu tylko dlatego, że rycerze nie mieli doświadczenia z niepełnosprawnością, a dla mnie to codzienność. Sytuacje, które mogą ich zaskoczyć, dla mnie są normą – zastrzega z ciepłym uśmiechem Sylwia Janusz. Zawodowo pedagog specjalna, prywatnie – żona rycerza Wiktora. Część wycieczkowiczów to jej szkolni podopieczni.

Poza Błażejem, większość metrykalnie jest już dorosła. I nierzadko zamknięta przez niepełnosprawność w domach. Gromadzący się w parafii Najświętszego Serca Jezusowego mężczyźni wpadli na pomysł, że mogą coś z tym zrobić. Ofiarować jedno sobotnie przedpołudnie w miesiącu. – Jedziemy na przykład nad morze, przejdziemy kawałek plażą, zjemy lody, pójdziemy do kawiarni na herbatkę. Nic takiego. Dla nas – żadnych fajerwerków, normalka. Dla nich – wydarzenie, na które czekają cały miesiąc. A potem wspominają, oglądają zdjęcia, przygotowują się na kolejny wyjazd – opowiada Wiktor.

To w jego głowie zrodził się pomysł comiesięcznych wypraw. Zmówili się w sześciu, choć mają nadzieję, że dołączą następni, bo i grupa chętnych na wyjazdy rośnie. Przydałby się też dodatkowy transport. – Pewnie, można wszystkich rozsadzić w naszych samochodach, ale przecież chodzi też o to, żeby razem cieszyć się podróżą, bo to równie ważne, jak samo spacerowanie – wyjaśniają, do swoich codziennych modlitw dołączając prośbę o busa.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy