Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nie muszą być mistrzami świata

Jest ich na sali ponad dwudziestu. Każdy ma swój powód, by tu być, ale są i tacy, którzy trafili niedawno – po zdobyciu przez Polaków tytułu mistrza świata w siatkówce.

Martyna przechyla się do tyłu i wystawionymi wysoko rękami ledwie daje radę odebrać piłkę. „Dbajcie o kulturę podania” – upomina jej kolegów trener. Magda przyjmuje piłkę sposobem dolnym. – Koniecznie dołem? – pyta trener w wyrzutem. – Niżej na nogach i dałabyś radę górą. Uczą się plasowania, kiwnięć i zastawień. Zagrywek dolnych i tenisowych. To trening nastolatków.

Nie zauważają, że to trening

Patrycja Ślusarczyk słyszy te zmagania z korytarza. Czeka na córkę Zuzię, która przed kwadransem skończyła trening w młodszej grupie. Gdy Zuzia opuszcza szatnię, trudno wyobrazić ją sobie na boisku – jest szczuplutka i drobna, nawet jak na siedmiolatkę. – Przychodzę na treningi, bo lubię siatkówkę – szczebiocze tak nieśmiało, że ledwo ją słychać. – No i jeszcze tata mnie uczy. – Tata pracuje w siatkarskim klubie sportowym – wyjaśnia P. Ślusarczyk.

– Zuzia chodziła z nim na mecze i spodobała jej się siatkówka. Stwierdziliśmy, że w tym roku już się nadaje i dlatego zapisaliśmy ją na treningi. Młodszy z braci Lach, Michał, jest przekonany, że 7 lat to odpowiedni wiek, by zacząć. – Wzięliśmy przykład z innych krajów europejskich, gdzie trenuje się dzieci w wieku wczesnoszkolnym – mówi. – To jest ważne, jeśli chcemy mieć w przyszłości dobrych sportowców. Na początku to zabawa, oswajanie się z piłką. Dzieci przychodzą na zajęcia z uśmiechem. Mają swój cel, chcą pracować, nie siedzą przed komputerem. No i mają odskocznię od lekcji. – Zajęcia są tak skonstruowane, że dzieci nie zauważają, że to trening – potwierdza mama Zuzi. – To zasługa trenerów, znakomitych sportowców. Bracia Lach byli zawodnikami Polskiej Ligii Siatkowej. Starszy, Przemysław, jest dwukrotnym Mistrzem Polski, młodszy, Michał, brązowym medalistą Mistrzostw Europy. – Nam też siatkówkę wszczepiono w podstawówce – mówi Przemysław Lach. – Najpierw była szkoła o profilu siatkarskim, później przyszedł czas na kluby sportowe, aż po kadrę Polski. A dzisiaj… To jest pasja i trudno byłoby nam się z nią rozstać. Dlatego założyliśmy Akademię. W ten sposób naszym doświadczeniem i radością sportu dzielimy się z innymi.

Mistrz zaczyna od podstaw

– Po pierwszym secie byłem tak zestresowany, że wyłączyłem telewizor. Długo nie wytrzymałem i za chwilę znów oglądałem finał – wspomina mecz o mistrzostwo świata 13-letni Adrian Czyż z Piły. – Całe życie w tych dniach było ustawione pod mecze – mówi Małgorzata Ciemięga, babcia Zuzi. – Wszystko, nawet obiady i kolacje. Bracia Lach przyznają, że po zwycięstwie Polaków zainteresowanie Akademią Siatkówki wzrosło. A oni gotowi są przyjąć każde chętne dziecko. – Jest wiele klubów sportowych, które prowadzą selekcję podczas naboru – mówi Michał Lach. – My przyjmujemy każde dziecko, które chce grać w siatkówkę, bez względu na to, czy jest otyłe czy niskie. Trzeba dać radość z gry każdemu, nie tylko wybranym. Nasze motto: Każdy mistrz zaczyna od podstaw. 14-letnia Martyna Gwizun ma duży temperament. Jednym tchem wyrzuca z siebie, że chciałaby związać swoją przyszłość z siatkówką. – Ale nie muszę być gwiazdą. Chodzi o to, by grać razem z koleżankami. Julia Zarańska ma 13 lat i od 3, czyli od powstania Akademii, jest podopieczną braci Lach. – Tu nauczyłam się, że w pojedynkę nie można wszystkiego zdobyć. Lepiej dążyć do celu z kimś. Wtedy wszystko wydaje się łatwiejsze. I fajniejsze. Ale sama drużyna nie wystarczy. Potrzebny jest jeszcze mistrz. Nastolatki są świadome, że bez jego porad ani rusz. – Pamiętam jak w meczu z Bydgoszczą nie szło nam zupełnie – wspomina Martyna. – Wszystkie już myślałyśmy, że przegramy. Jednak trener nie odpuścił. Dał nam konkretną radę: skupcie się na dobrej zagrywce. Zmobilizowałyśmy się i posłuchałyśmy go. Przeciwniczki miały problem z przyjmowaniem i pogubiły się. Zdobyłyśmy wówczas 4. miejsce. Bez uwag trenera nie poszłoby nam tak dobrze. Mama i babcia Zuzi przyjeżdżają tu dwa razy w tygodniu. Nie żal im czasu. – To sama przyjemność siedzieć i obserwować, jaką radość sprawiają Zuzi treningi. Czasami nie musimy przyjeżdżać obie, a i tak przyjeżdżamy – mówi M. Ciemięga. – Zresztą regularnie jeździmy na mecze ligowe siatkarek, bo kibicowanie jest na poziomie. Można wybrać się całą rodziną, jest kulturalnie i bezpiecznie. Choć w domu Zuzia trenuje podania z tatą, albo u taty w pracy z ciociami – siatkarkami, jej mama nie daje się ponieść wygórowanym ambicjom. – Ma być szczęśliwa, a nie najlepsza – mówi. – Ma być porządnym, dobrym człowiekiem. A reszta… Zuzia dodaje nieśmiało swoim cienkim głosikiem: – Podoba mi się siatkówka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama