Nowy numer 43/2020 Archiwum

Filip w końcu się wyspał

Wybudzenie. Przez ponad rok Filipa starali się obudzić lekarze, rehabilitanci i cała rzesza ludzi: kolegów z klasy, sąsiadów, obcych i znajomych. Nadzieja, która ich pchała do działania, nie zawiodła.

Wypadkiem, który zdarzył się półtora roku temu, żyła niemal cała Piła. Na niebezpiecznym skrzyżowaniu piętnastoletni Filip wpadł pod ciężarówkę. Niewielu dawało chłopcu szanse najpierw na przeżycie, potem na wyjście z głębokiej śpiączki. Sierpniowa umowa – Na początku bez przerwy pytałam: „Dlaczego ja? Dlaczego nas to spotkało?”. Filip pojechał rowerem po ładowarkę do telefonu stacjonarnego. Po co nam ten telefon! Obwiniałam wszystkich dookoła. Aż córka w końcu powiedziała: dość, bo gdybanie w niczym nie pomoże, doszukiwanie się, kto co zrobił, a czego nie zrobił, nie ma sensu, że musimy się teraz trzymać razem i walczyć – wspomina Beata Mejer. W nowym pokoju Filipa wszystko już jest gotowe na jego przyjazd. Po tym, jak w przeddzień nowego roku zespół terapeutyczny potwierdził, że się obudził, trwa odliczanie do 29 stycznia – daty powrotu do domu. – Pierwsza data, którą wyznaczyłam, to był 15 sierpnia. Złożyłam Matce Boskiej wszystkie wyrzeczenia świata, włącznie z tym, że na piechotę do Niej pójdę. Ale Filip się nie obudził. Siedziałam w kaplicy szpitalnej, patrzyłam Jej w oczy i pytałam: „Dlaczego nic nie zrobiłaś? Przecież się umawiałyśmy!”. Potem wyznaczyłam kolejną datę. I znów nic. No to powiedziałam do Filipa: „Wiesz co? Dobra, ty śpij, ile chcesz. Ja na ciebie będę i tak czekała” – opowiada mama chłopca.

Pierwszy śmiech

Wybudzenie to nie scena z filmu, w którym bohater nagle siada na łóżku, otwiera oczy i prosi o obiad. To długofalowy proces. – Najpierw my zauważamy pewne oznaki budzenia się. I jest niepewność, strach: zrobiłeś to, czy mi się tylko wydawało? Chyba poruszył ręką, chyba się uśmiechnął, jak do niego mówiłam, chyba to, chyba tamto. Ale często to są po prostu życzenia rodziców – wyjaśnia pani Beata. – Wiem, jak szalałam ze szczęścia, kiedy Filip ziewnął. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek i prosiłam: jeszcze raz, jeszcze raz. Chociaż wiedziałam, że to może być tylko odruch. Tak jak uśmiech – opowiada. Na ten prawdziwy uśmiech doczekali się przed świętami Wielkiej Nocy. – Córka pojechała zmienić męża w „Budziku”. Tata, „pielęgniarz idealny”, zostawiał jej całą listę wskazówek i zaleceń, chociaż wszyscy je doskonale znamy na pamięć. Gadał i gadał! Ewa przytuliła się do Filipa i westchnęła: „ale ten nasz stary to nadaje”. A Filip… zaczął się śmiać! Wieczorem, kiedy łączyliśmy się z nim przez Skype’a, też reagował uśmiechem – śmieje się pani Beata. Kolejne sygnały przychodziły stopniowo i mozolnie. Radością była każda najmniejsza oznaka, że Filip zaczyna mieć kontakt z własnym ciałem i z otoczeniem. Te pierwsze zwiastuny świadomego kontaktu chłopca oznaczały także, że Narodowy Fundusz Zdrowia sfinansuje dodatkowe miesiące pobytu Filipa w „Budziku”, w pierwszej w Polsce klinice, w której z dziećmi w śpiączce kompleksowo pracuje zespół lekarzy i rehabilitantów, ale także psychologów i nauczycieli. Dzieci są leczone w klinice bezpłatnie przez rok. Pobyt może być wydłużony jeśli, tak jak w przypadku Filipa, widać sygnały wybudzenia. Ten czas jest najistotniejszy, bo przestaje to być wyłącznie rehabilitacja, a zaczyna się praca nad odzyskaniem pełnej świadomości i sprawności.

Bóg dał nam ludzi

Pobudka to dopiero początek dla rodziców i dla Filipa. Zanikające, nieużywane przez ponad rok mięśnie i poskręcane ścięgna trzeba na nowo zmusić do podtrzymywania ciała i wykonywania czynności. – Te ćwiczenia są strasznie bolesne. Jeden wielki krzyk – przyznaje pani Beata. – W Centrum Zdrowia Dziecka do sali, w której leżał Filip, zajrzała jakaś dziewczynka i mówi do niego: „Cześć, jestem Agnieszka. A ty?”. Ja z wielką kluchą w gardle, odpowiadam: „Cześć. To jest Filip. On się bardzo cieszy, że przyszłaś, ale nie może ci odpowiedzieć”. „Dlaczego?” „Bo jest w śpiączce”. „Aha. A ja jestem piosenkarką. Zaśpiewać ci coś?” – Zaraz za nią wszedł jej tata, więc ona mu przedstawia Filipa, a mnie się łzy leją ciurkiem po twarzy. Spojrzał na mnie i pyta, czemu płaczę. Pokazał na Filipa, na Agnieszkę i na te wszystkie cierpiące, poharatane, podłączone do rurek dzieci. I mówi: „Ty, mama, nie płacz. Ciebie nic nie boli. Twoje cierpienie przy ich cierpieniu to jest nic. To są bohaterowie”. Zrobiło mi się strasznie wstyd, bo to prawda. Potem okazało się, że Agnieszka była po wycięciu guza mózgu. Była sparaliżowana, nie chodziła, nie mówiła. A teraz stała przede mną śliczna dziewczyna, piosenkarka! Powiedział mi jeszcze: „Tam na dole jest kaplica. Jak chcesz, to tam się możesz wypłakać. Ale nie tutaj”. Nigdy więcej nie płakałam przy Filipie – opowiada pani Beata. Przez cały czas pobytu Filipa w „Budziku” towarzyszył mu tata. Pani Beata, na której barki spadło utrzymanie rodziny, odwiedzała ich w weekendy. W tygodniu rozwiązywała domowe problemy, których nie brakowało, – W tym całym nieszczęściu Pan Bóg dał nam wspaniałych ludzi – mama Filipa nie ma żadnych wątpliwości. – To, co działo się wokoło całej naszej rodziny przez ten czas, jest nie do opisania. Te nieprawdopodobne zbiórki pieniędzy i organizowanie rozmaitych przedsięwzięć. Każdy, kto się w to angażował, zdejmował nam z ramion wielki ciężar. Dzięki temu mogliśmy się koncentrować na stawianiu Filipa na nogi – wspomina. – Jednej nocy nie mogłam spać i zastanawiałam się, jak ja mam ocieplić te stare mury. Kiedy wróciłam z pracy, dom był ocieplony. Przyjechali ludzie, zrobili i nie wzięli za to ani grosza. Albo taki problem: jak wjechać wózkiem na podwórko? Trzeba zrobić podjazd. Na ten mały kawałeczek potrzeba było polbruku za 11 tys. zł! Poszłam do sąsiada, który zajmuje się takimi rzeczami, żeby spytać, czy nie da się znaleźć gdzieś tańszego. I co? Zjawiła się ekipa z wielkimi uśmiechami na twarzy i w tydzień podjazd za symboliczną zapłatę był gotowy. Ktoś mi powie, że ludzie są niewrażliwi? – mówi wzruszona kobieta. Na powrót Filipa trzeba było zrobić kapitalny remont parteru, części domu, która dotychczas nie była używana przez rodzinę. Tu, oprócz rodzeństwa pani Beaty, też pomogli dobrzy ludzie. – Przychodziłam z pracy, przebierałam się w robocze ciuchy i uczyłam się… gipsować, szlifować, przykręcać gniazdka. A pomagał mi przyjaciel rodziny, który od czerwca dzień w dzień przychodził i pracował tu za darmo – uśmiecha się pani Beata.

Filip, wstawaj, czekamy!

Wypadek Filipa poruszył pilską społeczność. Mieszkańcy miasta organizowali mecze, koncerty, zbiórki pieniędzy, a nawet wielkie smażenie hamburgerów. Do akcji ruszyli też nauczyciele i uczniowie Zespołu Szkół nr 3, gdzie uczył się chłopak. – Sama siebie nie podejrzewałam, że będę kiedykolwiek działać charytatywnie. Do puszek często wrzucam pieniądze, pomagam ludziom, ale sama nigdy wolontariuszem nie byłam. Chociaż, jak się zastanowić, to chyba każdy nauczyciel jest społecznikiem, nie da się być nauczycielem-urzędnikiem – śmieje się Iwona Bagińska, nauczycielka Filipa, która razem z kolegami ze szkoły Małgorzatą Kossak i Błażejem Drabem zainicjowała przygotowanie wielkiego koncertu charytatywnego i powołanie komitetu organizującego akcje na rzecz Filipa. Koncert w gimnazjum oraz towarzyszące mu loteria i licytacja okazały się wielkim sukcesem. – Najłatwiejszą sprawą, wbrew temu, czego trochę się obawialiśmy, było zdobycie fantów. Firmy przekazywały nam swoje towary albo karnety na przeróżne usługi. Nawet już w trakcie koncertu przychodzili ludzie i oferowali rozmaite rzeczy, które można było zlicytować! – wspomina nauczycielka. Niezwykle wzruszającym momentem było połączenie telefoniczne z Filipem i jego mamą, podczas którego wszyscy głośno krzyczeli: „Filip, czekamy na ciebie!”. – Poza tym aspektem finansowym niezmiernie istotną sprawą było to, że udało nam się stworzyć bardzo długi łańcuch ludzkich serc, które odpowiedziały na nasz apel. Firmy, nauczyciele, uczniowie i ich rodzice, media nagłaśniające akcję, no i sami pilanie, którzy tak licznie stawili się na koncert – wylicza pani Iwona. Po koncercie były jeszcze mecz, charytatywne kolędowanie, zbiórki w sklepach oraz tony nakrętek i puszek. Czek, który wręczono mamie Filipa na koniec roku szkolnego, opiewał na ponad 30 tys. zł. – Najbardziej cieszę się z tego, że tak wielu uczniów zaangażowało się w budzenie Filipa. Nie tylko jego koledzy z klasy. Pisali do niego kartki, nagrywali filmiki z życia szkoły, dzwonili i przez internet opowiadali mu o tym, co dzieje się w szkole, co słychać w Pile, że za nim tęsknią i czekają, aż wróci – dodaje.

Małe plany, wielkie nadzieje

– Bez ludzi i wiary w Boga nie przetrwalibyśmy tego – mówi z przekonaniem pani Beata. – Od tamtego 2 sierpnia dziękuję Mu codziennie za wszystko: że Filip żyje, że się uśmiechnął, że poruszył paluszkiem. Ale z Jego Matką to ja sobie jeszcze „pogadam” o tym 15 sierpnia – mówi żartobliwie. – Planuję pielgrzymkę i mam nadzieję, że jak do Niej przyjdę, to mi to wszystko wytłumaczy – uśmiecha się ciepło pani Beata. Na razie czeka na przyjazd Filipa, ale jak mówi, nie snuje długoterminowych planów. – Ja wierzę, że to wszystko jest przejściowe, więc nie będę mówiła o tym, że marzę, żeby Filip trzymał głowę prosto, żeby zaczął mówić, żeby stanął na własnych nogach. Chciałabym, żeby zadomowił się w tej części domu, której do tej pory nie znał. Żeby nie zamknął się w tych czterech ścianach, nie stracił kontaktu z przyjaciółmi, żeby się nie krępował swoim stanem, żeby cały czas się śmiał. Chciałabym, żeby to miejsce tętniło życiem – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama