Nowy numer 29/2021 Archiwum

Emocje sprzed 72 lat

– Nieudany zamach na Hitlera! Nowy „Kurier Warszawski”! – głos małego gazeciarza przecina sierpniowe popołudnie. Pucybut macha szczotką, roześmiana para mija trzepiącą poduszki kobietę, żandarmi obserwują śpiewającą dziewczynę. Wtedy rozlegają się pierwsze strzały.

karolina.pawlowska@gosc.pl Jeśli tylko trochę przymruży się oczy, nie będzie to popołudnie 1 sierpnia 2016 r. na jednej z sianowskich ulic, lecz warszawska Wola 72 lata wcześniej.

Strzały na ulicy

– Chcieliśmy w tym roku przypomnieć o jednym z najbardziej dramatycznych epizodów powstania warszawskiego: pacyfikacji Woli w pierwszych dniach zrywu – wyjaśnia Łukasz Gładysiak z koszalińskiego Studia Historycznego „Huzar”, reżyser inscenizacji, na którą pasjonaci historii zabrali mieszkańców Sianowa. Po uroczystościach patriotycznych w parku, podczas których oddano hołd powstańcom, pobliska ulica zamieniła się w okupowaną stolicę. Później było już tylko głośniej i bardziej widowiskowo. Strzały z mauserów, stenów i visów. W ruch poszyły granaty. Detonacje podrywały w powietrze ziemię i drobiny gruzu, obsypując licznie przybyłych na przedstawienie widzów.

Uliczna barykada ostatecznie runęła pod kołami samochodu pancernego. Zaraz potem Niemcy rozpoczęli pacyfikację. Z domów, do których wchodzili, rozlegały się rozpaczliwe krzyki cywili i strzały. – Trudno nam mówić o rzezi Woli, bo nikt z nas nie przeżył czegoś takiego, nie dotknęło nas to w większości także rodzinnie. Trudno nam nawet wyobrazić sobie to, co działo się wówczas na Woli czy Ochocie. Czytamy statystyki, które brzmią przerażająco, ale nawet one nie pozwolą nam zrozumieć skali rzezi. Dlatego ważne jest, jak o tym opowiadamy. Nie chodzi nam ani o spłycenie przekazu, ani o epatowanie masakrą. Tu raczej chodzi o wywołanie emocji – tłumaczy Łukasz. Tych nie brakuje ani u aktorów, ani u oglądających. Starsza pani tuż za odgradzającą taśmą jako jedna z nielicznych nie wyciągnęła telefonu komórkowego, ale chusteczkę. – Moje ciotki mieszkały na Woli. Nie wyszły z Warszawy po powstaniu – mówi cicho, gdy opadnie kurz po inscenizacji.

Ja bym poszła

W tym roku rekonstruktorzy chcieli także zwrócić uwagę na krwawą ofiarę złożoną przez cywilnych mieszkańców stolicy. – Każdy sposób na to, by pobudzić do myślenia, jest dobry. Jednemu wystarczy film w telewizji, inny obejrzy rekonstrukcję, jeszcze inny sięgnie po książkę. Dróg jest wiele, ważne, żeby wiodły do celu, jakim jest zainteresowanie historią. Inscenizacje są o tyle dobrym przekazem, że tu jest nie tylko obraz, ale też dźwięk prawdziwych wystrzałów, zapach prochu i dym wybuchów. To działa na wyobraźnię – zauważa Halina Korczyc. Hania Telega w kraciastej sukience i za dużych kamaszach śpiewa jedną ze znanych w okupowanej Warszawie piosenek. Julka, jej młodsza siostra, z czapką w dłoni przechodzi wśród widzów. – Dla wielu naszych rówieśników powstanie to trudny temat. Zupełnie nie mieści im się w głowie, że tamci dobrowolnie szli walczyć, chociaż szanse mieli niewielkie. Nie rozumieją po co, dziwią się, że chwytali za broń, zamiast uciekać, szukać schronienia, nie wychylać się – mówią dziewczyny. Mają nadzieję, że takie inscenizacje pomogą młodym lepiej zrozumieć, co pchało warszawską młodzież do walki. – Ja bym poszła – mówi bez wahania Magda Rymer, spinając agrafką za dużą, biało-czerwoną opaskę na ramieniu. – Tak samo ubrałabym tę opaskę na ramię, spakowałabym torbę z bandażami. Bałabym się, płakałabym, zostawiając rodzinę, ale właśnie dla nich i dla następnych pokoleń poszłabym walczyć – dodaje. – O powstaniu musi pamiętać nie tylko stolica, ale cała Polska. Warszawa to symbol, nie wolno nam o niej zapomnieć – dopowiada jeszcze grająca sanitariuszkę rekonstruktorka, prywatnie ciocia gazeciarza Eryka. Dla dziewięciolatka w za dużej kaszkietówce to pierwsza w życiu inscenizacja. Trochę zjada go trema, więc z zapałem ćwiczy swoją kwestię. O powstaniu warszawskim do tej pory za dużo nie słyszał. – Za rok Eryk będzie już wiedział więcej. Rekonstrukcja nie opowie o wszystkim, nie przekaże całości wiedzy historycznej, ale jest po to, żeby – kiedy wróci się z niej do domu – chcieć sięgnąć głębiej, poszukać w internecie, poczytać książkę, obejrzeć dokument – dodaje Magda.

Oddać hołd Warszawie

Ponad 40 rekonstruktorów z różnych grup wcieliło się w role powstańców, ludności cywilnej oraz tych, którzy 72 lata temu pacyfikowali walczącą stolicę. Rafał Semołonik przyznaje, że włożenie munduru żołnierza SS, zwłaszcza w takim dniu jak rocznica powstania warszawskiego, nie jest łatwe. – Trudno się o tym nawet mówi. Trzeba odłożyć na bok swoje poglądy, to, w co się wierzy, co się czuje. Ale nie da się pokazać powstania bez tej drugiej strony. Jest to dla rekonstruktora wyzwanie, ale to jedynie rola do odegrania. Tyle że spoczywa na nas wielka odpowiedzialność, bo chociaż gramy po tej „złej stronie”, nadal gramy po to, żeby oddać hołd powstańczej Warszawie – zauważa. – Nie sposób o tych wydarzeniach mówić, czytać bez emocji. Gdyby ich nie było, to wszystko, co robimy, nie miałoby większego sensu. Tu idzie o cześć i pamięć dla tych, którzy walczyli, zginęli. Ta pamięć jest ciągle dla nas żywa, tym bardziej że znamy powstańców warszawskich, utrzymujemy kontakt z tymi, którzy jeszcze żyją, spotykamy się, pytamy – dodaje. Paweł Stasiak jest zawodowym żołnierzem. Ma za sobą dwie misje w Afganistanie i jedną w Kosowie. Nie trzeba go pytać o to, czy gdyby to było „naprawdę”, też bez wahania poszedłby z oddziałem. Nawet jeśli, tak jak w inscenizacji, zginąłby w pierwszej scenie. – Tak zostałem wychowany. Mój pradziadek walczył w wojnie bolszewickiej, wujek – pod Monte Cassino. Myślę, że ci, którzy poszli do powstania, po prostu nie mieli innego wyboru, trzeba było walczyć. Dzisiaj możemy patrzeć na to z pozycji bezpiecznego świata i krytykować. Ale historia już ich oceniła i nazwała bohaterami – mówi.

Więcej niż film

– Nie można stawiać pytań o to, czy powstanie powinno wybuchnąć, czy było warte tak wielkiej ofiary. My staramy się odtworzyć jedynie atmosferę tamtych dni, wczuć się – na ile to możliwe – w rolę warszawiaków, ale nie będziemy w stanie z perspektywy ponad 70 lat, żyjąc w zupełnie innych realiach, nie mając za sobą traumy wojny, odpowiedzieć na takie pytania – zauważa Łukasz Gładysiak. Ocenianie byłoby nawet nie na miejscu – dodaje historyk. – Chociaż to tylko przedstawienie, aż ciarki chodziły po plecach. Ziemia i kurz sypiące się na głowę od detonacji, gryzący w gardło dym, odgłos strzelaniny i krzyków – tego nie przeżyje się, oglądając film. Myślę, że nie tylko dla mnie było to bardzo poruszające doświadczenie – przyznaje młoda kobieta, która na inscenizację przyszła z synem. – To będzie dobry punkt wyjścia do tego, żeby porozmawiać w domu o powstaniu – zapewnia. Dla rekonstruktorów zaś najbardziej wzruszające było to, że ich inscenizację oglądał Aleksander Kaczorowski, członek powstańczego batalionu „Miłosz”, honorowy obywatel Sianowa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama