Nowy numer 39/2020 Archiwum

Nie dać się zgnieść

Najpierw w komżach przy ołtarzu, potem w korkach na boisku. Prawie 700 ministrantów z diecezji spędziło dzień w skrzatuskim sanktuarium.

Ze zgnieceniem pustej puszki Wojtek, ministrant z Krzyża Wielkopolskiego, nie miał żadnego problemu. Z pełną, nawet z pomocą kolegi ze Słupska, nic nie dało się zrobić. – Gdy jesteśmy puści, łatwo nas złamać, zgnieść, sprowadzić na złe drogi. Dlatego chcemy się napełnić Duchem Świętym, żeby nie dać się zmiażdżyć. Musimy być silni duchowo – tłumaczy bp Krzysztof Włodarczyk. Wcześniej wyjaśniał chłopcom, którzy opanowali skrzatuskie sanktuarium, że nawet hektolitry wody z wodospadu Niagara nie napełnią małej butelki, jeśli wcześniej jej się nie odkręci. – Musimy otwierać serca, napełniać je wiarą i wtedy nie da się nas zgnieść – wyjaśnia to, co usłyszał od biskupa Przemek z Koszalina, jeden z ministrantów, którzy zjechali się do diecezjalnego sanktuarium na doroczne świętowanie.

Same zalety

Przemek nie ma wątpliwości, że bycie ministrantem bardzo mu w tym napełnianiu wiarą pomaga. Koledzy z koszalińskiej parafii Ducha Świętego widzą też inne korzyści. – W kościele nareszcie się nie nudzi i zawsze ma się miejsce do siedzenia – dodają. – A ja bym nie był ministrantem, gdyby nie ks. Przemek. Namówił mnie, bo wie, że lubię grać w piłkę – mówi Michał. – Samo bycie przy ołtarzu to dla dzisiejszych kilkulatków chyba za mało motywujące. Stąd ta gra w piłkę, ale przecież nie ona jest sednem bycia ministrantem, to nagroda – wyjaśnia ks. Przemek Gracek.

Przyjazd do Skrzatusza to też umocnienie. – Potrzeba takich spotkań, żeby chłopcy zobaczyli, że jest ich dużo. To ważne, zwłaszcza dla tych z małych parafii. Że to żaden „obciach” być ministrantem – przyznaje ks. Mariusz Gubow, opiekun ministrantów z Gościna. Na pytanie, czy fajnie jest być ministrantem, jego podopieczni mają jedną zgodną odpowiedź: – Taaaaak! – krzyczą głośno i jeden przez drugiego wyliczają zalety służby przy ołtarzu: że z prezbiterium lepiej wszystko widać, że uczą się modlić, że razem wyjeżdżają.

Lekarstwo na lenia

– Bywa tak, że trzeba chłopa- ków zdyscyplinować. Są sprawy, o których dyskutować mogą sobie z mamą, a nie tutaj – mówi ks. Bartosz Kuligowski, opiekun ministrantów z Najświętszego Serca Pana Jezusa z Białogardu, który chwilę wcześniej „przyłapał” swoich chłopaków ociągających się z wejściem do kościoła. – Razem się bawimy, wyjeżdżamy, oglądamy mecze, gramy w piłkę, ale chłopcy nie potrzebują kolegi, tylko dorosłego, jasno określającego granice, bo nie zawsze mają to w domu – mówi duszpasterz. Ministrantura, jego zdaniem, to lekarstwo. – Choroba „nie chce mi się” to dzisiaj powszechna przypadłość. Nawet jak się do czegoś zapalają, to na krótko, do pierwszych problemów – diagnozuje ks. Bartosz. W dzień wyjazdu do Skrzatusza też usłyszał w telefonie: „Nie chce mi się”. Dał 15 minut na spakowanie komży i stawienie się na miejscu zbiórki. – Stawił się. I pojechał, i świetnie się bawił, i był szczęśliwy. Ale musiał usłyszeć od kogoś dorosłego, że nie ma „nie chce mi się” – przyznaje duszpasterz. O tym, że bycie ministrantem to niezła szkoła podejmowania właściwych wyborów, nie trzeba przekonywać rodziców ministrantów. – Chłopcy uczą się odpowiedzialności i konsekwencji, a to bardzo ważne cechy – mówi Urszula Kuźbik, mama Piotrka, ministranta z Tuczna. I przyznaje, że nie tylko syn korzysta z bycia blisko ołtarza. – Jego służba ma wpływ na całą rodzinę. On nas mobilizuje do tego, żebyśmy byli w kościele, żebyśmy sobie nie odpuszczali pierwszych piątków miesiąca – tłumaczy.

O puchar biskupa

Większość z tych, którzy przyjechali na majówkę do Skrzatusza, to ministranci młodsi, chociaż nie brakowało też starszej reprezentacji Liturgicznej Służby Ołtarza. – Zostałem ministrantem trochę mimochodem. Dostałem kartkę z datą i godziną zbiórki od katechetki i nie bardzo było się jak wymigać – uśmiecha się Filip z miasteckiej parafii Mariackiej, który przy ołtarzu jest od 12 lat. – Teraz jest dla mnie sprawą naturalną, że jestem w kościele, że służę przy ołtarzu, że czuję się częścią wspólnoty parafialnej i staram się pomagać. Czuję się potrzebny, a to dla mnie ważne – wyjaśnia 19-latek. W Skrzatuszu chłopcy spotkali się także na boisku, gdzie rywalizowali o puchar biskupa. Mecze toczyły się w dwóch kategoriach wiekowych. W obu finałach podstawowy czas gry nie przyniósł rozstrzygnięcia i o zwycięstwie decydowały rzuty karne. Wśród ministrantów ze szkół podstawowych najlepsi okazali się chłopcy z pilskiej parafii Miłosierdzia Bożego, zaś wśród starszych zatriumfowała drużyna katedralna.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama