Nowy numer 42/2019 Archiwum

Jaka piękna chwila

Żeby ją złapać, Barbara Ciżmowska z Kępic wchodzi na drzewa, wbiega na góry, kąpie się zimą w jeziorze. I choć w niektórych dziedzinach bije rekordy, robi to nie dla nich samych, lecz tak po prostu – by cieszyć się życiem.

Stara chałupka po wujostwie, wokół mnóstwo kwiatów, z tyłu drewniany wychodek, na horyzoncie wzgórze, las. Dobrze się siedzi na ławeczce przed chatką, samemu – by cieszyć się patrzeniem na to wszystko lub odmawiać Różaniec – albo z sąsiadkami, z tymi, z którymi można spędzić popołudnie bez plotkowania, za to na duchowych pogaduszkach.

Barbara Ciżmowska znajduje w skrawku ziemi w Okuninie koło Miastka swoje miejsce na ziemi. Przyjeżdża tu z niedalekich Kępic, kiedy tylko może. Stąd ciągnie ją dalej: do lasu, który kocha, do biegania, w którym jest wicemistrzynią, do Boga i ludzi. – W pewnym momencie stałam się innym człowiekiem. Takim prostym – mówi, choć nie bardzo wie, jak to wyjaśnić. – Nie potrafię się niczym zatrwożyć. Umiem oddzielić sprawy ważne od drobiazgów. A drobiazgami już zupełnie się nie irytuję.

Radość ze wszystkiego

Obecny spokój ducha kobiety, którą nie tylko w młodości nazywano niekiedy „wariatką” ze względu na jej liczne postrzelone pomysły (do dziś jednym z marzeń 62-latki jest... przejechać się jako kierowca czołgiem po wertepach), to efekt nieplanowanych rekolekcji, które zafundowało jej życie. Nieplanowanych, bo czy mogła się spodziewać, że wyjazd do pracy w Niemczech w roli opiekunki osoby starszej, przekształci się w siedmioletnie duchowe ćwiczenia? – Dziękuję Bogu za ten czas w Heidelbergu, bo tam, opiekując się chorą na alzheimera Marią, przeszłam rekolekcje życia – opowiada.

Bywa, że trzeba wyjechać daleko, by znaleźć to, co jest blisko. – Od początku miałam wielką łaskę: trafiłam do takich kochanych Niemców, dobrych, normalnych ludzi, którzy na powitanie zaprowadzili mnie do kościoła, i to katolickiego. A potem także w tym kościele, gdy już więcej rozumiałam po niemiecku, słyszałam od księdza słowa, które trafiały do mojego serca. Zaczęłam czytać Pismo Święte – wspomina. Biblię czyta nadal, choć nie wszystko rozumie. Stara się jedynie na siłę nie interpretować słowa Bożego po swojemu. Po prostu ufa, że ma ono sens. – Zrozumiałam wtedy dużo: to, jak funkcjonowałam do tej pory, to, co było błędem, i ile żalu do ludzi nosiłam w sobie. Aż przyszedł dar przebaczenia – mówi.

Gdy po powrocie do Polski wzięła udział w rekolekcjach, które prowadził ks. John Bashobora, spostrzegła, że głęboka przemiana, po jaką ludzie na nie przybywali, w niej odbyła się już wcześniej: w zaciszu niemieckiego domu, kościoła. – Słuchając nauk ojca Bashobory o przebaczeniu, spostrzegłam, że ja przez te wszystkie potrzebne etapy już przeszłam. Że ten bardzo trudny czas, duchowe oczyszczenie, wzmocnienie, otrzymałam właśnie tam, w Niemczech – wyjaśnia. – Zupełnie się zmieniłam, od tamtego czasu żyję szczęśliwa. Jak piękne jest życie bez utrapień! Pan Bóg podarował mi coś nowego: radość ze wszystkiego.

Jej szczęście ma różne, także konkretne kształty. Wymienia je jednym tchem: grzyby, ryby, ptaki, kwiaty, zwierzęta. I bieganie po lesie.

Zapalić znicz blisko nieba

Z leśniczówki w Okuninie, w której mieszkała w dzieciństwie, wyrywała się, by bić rekordy w biegu do wsi. – Z młodszą siostrą liczyłyśmy sobie nawzajem czasy. Raz ona czekała na mnie z zegarkiem, raz ja na nią. Biegło się 16, 17 minut – wspomina emerytka.

Do leśniczówki zagląda do dziś, niekiedy żeby posadzić tam kwiaty. To jeden z przystanków w dalekich spacerach, a zna tu wszystkie ścieżki, które przemierza szybkim chodem z kijkami do nordic walking lub biegiem. Kiedy chce zrobić maraton, idzie do Polanowa, kłania się przy krzyżu w mieście i wraca. Lubi samotne wędrówki, mimo to 5 lat temu postanowiła, jak to określa, „wyjść do ludzi” i w Warcinie stanęła na starcie swojego pierwszego biegu. Zdyskwalifikowana za brak kijków i tak uzyskała świetny wynik (i medal uczestnictwa na pociechę). – Chciałam się sprawdzić. I przeżyć to wśród ludzi. Tylko tyle, nie chodziło o medale – zapewnia, mimo że na ścianie chałupki wisi ich niemało.

O medale nie chodziło ani wtedy, ani nie chodzi obecnie, gdy zdobywa te naprawdę cenne, jak przed rokiem srebrny w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w Maratonie Górskim Nordic Walking (w kategorii wiekowej 60-latków) w Radziechowach k. Żywca, na wymagającej trasie Golgoty Beskidów. Bardziej niż srebrny medal i puchar (zdobiące sporą kolekcję innych, bo pani Barbara startuje regularnie) cieszy ją, że na metę, czyli szczyt Matyski, doniosła wówczas znicz. – Niosłam go całą trasę, by go zapalić jak najbliżej nieba. I stamtąd posłać moje modlitwy do Boga. Takie miałam pragnienie. Udało się – wspomina.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL