Nowy numer 2/2021 Archiwum

Onkorekolekcje pani Kingi

Zmaga się z nowotworem piersi. Wokół zaś dzieją się przedziwne rekolekcje. Bóg przemawia przez ludzi, modlitwy, listy, figurki.

Filiżanka w różane ornamenty, przy niej elegancka blondynka o spokojnym głosie. A jeszcze dwa lata temu ta sama kobieta – z nieumytymi włosami, bez makijażu, naprędce odziana – skulona w sobie klęczała na stopniu komunijnym z wypisaną na twarzy taką historią, że nazajutrz znajomy kapłan mówił z troską: „Pani Kingo, wczoraj wyglądała pani, jakby umierała”. – Bo ja chyba właśnie umieram – odparła.

To był początek jej zmagań z chorobą nowotworową. Najtrudniejsze w życiu miesiące okazały się czasem uprzywilejowanym. Podczas badań, przebywania na szpitalnych korytarzach i w sali operacyjnej, w kościele i na przystanku autobusowym Pan Bóg wysyłał jej znaki, że jest blisko, że widzi wszystko, że czuwa. I życzliwe gesty, list, a nawet przytulenie. Ona nazywa to rekolekcjami.

Decyzja na przystanku

Diagnoza: carcinoma mammae, rak piersi. Niektóre kobiety nie dopuszczają do tej informacji dalszej rodziny, znajomych. – We mnie też było pytanie, czy należy o tym opowiadać. Są przecież powody, by tego nie ujawniać. Przekonała mnie myśl, że być może moją historię usłyszy kobieta, której pomoże to przejść przez ten bardzo trudny etap życia – mówi na wstępie pani Kinga, przedstawiająca się imieniem z bierzmowania, mieszkanka jednego z miast naszej diecezji.

Jest jedną z tych kobiet, którym życie uratowało badanie przesiewowe. Dziś przyznaje: już rok wcześniej wyczuwała, że z piersią jest coś nie tak, już wtedy powinna była zgłosić się do lekarza. Gdy w końcu usłyszała diagnozę „nowotwór złośliwy”, jej świat się zatrzymał. – Po wyjściu z gabinetu, na ulicy, wspomniałam słowa ks. Piotra Pawlukiewicza o kimś w mojej sytuacji: że stoi oniemiały na przystanku autobusowym, podczas gdy wokół świat kręci się, jakby nic się nie stało. Tak było ze mną – wspomina chwilę szoku.

Na przystanku podjęła decyzję: jeśli są to ostatnie miesiące jej życia, musi się pospieszyć: uporządkować sprawy zawodowe, rodzinne, relację z Bogiem. I podjąć trud leczenia. – Bo miałam też pokusę odrzucenia tej sytuacji. Myślałam: po co w ogóle poszłam na badanie, mogłam spokojnie pożyć w nieświadomości, chociaż te kilka miesięcy, może rok, dwa… Jednak rozumiałam, że to jest zadanie, które Pan Bóg postawił przede mną.

Potem poszło błyskawicznie: badanie za badaniem, pielgrzymki od gabinetu do gabinetu. W ciągu miesiąca od pobrania biopsji gruboigłowej odbyła się operacja piersi, nawet nie było czasu na pretensje do Boga. – To dokonywało się kosztem ogromnego wysiłku fizycznego i psychicznego, i utraty kilku kilogramów wagi. Nie było kiedy pytać: Boże, dlaczego to ja? – przyznaje pani Kinga.

W najtrudniejszych dniach czuła się bardzo blisko Pana Boga. – Zdawałam sobie sprawę, że za chwilę mogę przed Nim stanąć. Zaczęłam robić rachunki z życia. Teraz, po dwóch latach, wręcz z tęsknotą wracam do tamtej relacji z Bogiem, teraz nie jest już tak intensywna – ocenia z żalem.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama