Nowy numer 32/2020 Archiwum

Nasza miłość wymodlona

Dzieliły ich kilometry i kontynenty, połączyły – Światowe Dni Młodzieży. A także Różaniec. Trzymając się go, radzili sobie z odległością i tęsknotą.

Historia Eli i José jest jak scenariusz romantycznego hollywoodzkiego filmu. Są w nim i wielkie uczucie, i piętrzące się trudności, i szczęśliwe zakończenie. A także – już nieco mniej medialne – przekonanie, że warto swoje życie budować na Bogu.

Z końca świata

W życiu José wiara jest ważna. Studiując na uniwersytecie jezuickim inżynierię, rozważał nawet, czy nie wstąpić do zgromadzenia. – Zastanawiałem się nad tym na poważnie. Dwa lata byłem w programie przygotowawczym, dostałem pozytywną opinię od przełożonych – opowiada młody Nikaraguańczyk. Wyprawa do Polski na Światowe Dni Młodzieży miała być czasem decyzji. Podczas spotkania z papieżem Franciszkiem i milionami młodych chrześcijan miał ostatecznie zdecydować, jaką drogą powołania pójdzie.

– Przygotowywałem się do tego wyjazdu naprawdę intensywnie. Musiałem nauczyć się angielskiego, którego w ogóle nie znałem, zebrać fundusze, bo to kosztowna wyprawa. Ale przygotowywałem się też duchowo. Wymagało to sporej dyscypliny. Wstawałem o 5 rano, szedłem pobiegać, potem na Mszę św. I ostatni miesiąc przemodliłem cały na różańcu, prosząc właśnie, by ta podróż przyniosła dobre owoce – przyznaje José i zaraz dodaje: − Ale wszystko zaczęło się od mojej siostry, która bardzo chciała jechać na ŚDM. Ja nigdy wcześniej nie słyszałem o tych spotkaniach, nie wiedziałem, o co chodzi. Tyle że rodzice powiedzieli, że samej jej nie puszczą w tak daleką drogę – rozpoczyna opowieść o serii zdarzeń, dzięki którym historia obrała właściwy kierunek.

Przypadki? Tylko w gramatyce!

Oboje nie mają wątpliwości, że to był Boży plan napisany specjalnie dla nich. – Mieliśmy spore szanse na to, żeby się minąć. Gdyby Pan Bóg nie zadziałał, nawet byśmy się nie spotkali – przyznaje Ela. O tym, że kilka dni pobytu w Koszalinie przed krakowskim spotkaniem José i jego siostra spędzą w rodzinnym domu Eli, oczekująca gości rodzina dowiedziała się niemal w ostatniej chwili. – Kiedy brat zgłosił naszą gotowość do przyjęcia pielgrzymów, dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć u siebie gości ze Szwajcarii. Tydzień przed przyjazdem okazało się, że jednak będzie zmiana, przyjadą do nas goście z Nikaragui. Dla mnie zupełnie egzotyczna sprawa, bo nawet dokładnie nie wiedziałam, gdzie to państwo leży. Geografia nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. No i wcale nie miałam zamiaru brać udziału w Światowych Dniach Młodzieży – śmieje się Ela.

W tym czasie studiowała w Katowicach i o przyjeździe nad morze nie było mowy. Martwiła się jednak, że straci okazję zobaczenia się z rodziną, dlatego część stażu postanowiła odbyć w koszalińskim szpitalu. Dzięki temu miała okazję poznać gości z drugiego końca świata, którzy na kilka dni stali się częścią jej rodziny. – Tyle wystarczyło, bo to naprawdę była miłość od pierwszego wejrzenia – przyznają młodzi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama